„Anioły i demony” Dana Browna

Książka stara chyba jak sam świat. A przynajmniej stara na tyle, że zna ją każdy, a przynajmniej większość.  Należy do bardzo udanych powieści i chociaż może nawet chciałabym coś o niej złego powiedzieć, byłoby to bardzo nie w porządku. Przecież spędziłam przy lekturze kilkadziesiat wieczorów, wracając do historii jeszcze raz i jeszcze raz.

Robert Langdon. Historyk, wykładowca, intrygujący i pociągający facet. Nic dziwnego, że za każdym razem przyciąga do siebie jakąś piękną dziewoję, z którą to później rozwiązuje wszelkie zagadki. A, właśnie. Zagadki. Trudne, nieprzewidywalne. Pojawiają się w różnych postaciach i weź się tu człowieku domyśl, jakie jest rozwiązanie. Langdon wie.

Mogłabym nawtykać, że nasz bohater jest zbyt wszechwiedzący, ale nawet on czasem błądzi. Poza tym, w końcu jest profesorem Harvardu – ma prawo wiedzieć wszystko, jeśli ma taką ochotę. Może jeszcze… Nie, chyba jednak nie. Naprawdę ta książka nie ma wad, czy tylko ja jestem w niej tak bezgranicznie zakochana, że ich nie widzę?

Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, polecam. Polecam tez ekranizację, o której pewnie napiszę w najbliższym czasie (muszę ją tylko znów obejrzeć – wolę sto razy czytać daną książkę, niż sto razy oglądać jej ekranizację). W każdym razie, jeśli ktoś się zdecyduje na tę pozycję, nie znając jej, nieprzespane noce ma gwarantowane.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.