Autopsja Jane Doe – recenzja [PRZEDPREMIERA]

Ogólnie lubię horrory, ale nie oglądam ich zbyt często, a jeśli w ogóle, to raczej w domowym zaciszu. „Autopsja Jane Doe” zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Może dlatego, że to mój horrorowy debiut kinowy, ale pewnie dlatego, że to po prostu mocny film. Przedpremiera, bo w Polsce możemy ją oglądać dopiero od 13. stycznia, a szkoda, bo premiera była już dość dawno i szkoda, że dopiero teraz polscy kinomani mogą się tym filmem cieszyć.

Tajemnicze morderstwo

Wszystko zaczyna się od morderstwa w pewnym spokojnym, wzorowo utrzymanym domu. Ciała w środku są zmasakrowane, brak śladów włamania – zbrodnia doskonała. W piwnicy policjanci znajdują zwłoki młodej dziewczyny, która wygląda po prostu, jakby spała. Nie ma żadnych dokumentów, tożsamość nieznana. Tu do akcji wkraczają główni bohaterowie – syn Austin i ojciec Tommy.

Autopsja Jane Doe

Prowadzą rodzinny biznes – krematorium, a przy okazji są patologami sądowymi. Są najlepsi w okolicy, więc Jane Doe trafia na ich stół. Austin rezygnuje z planów na wieczór, by pomóc ojcu w szybkim rozstrzygnięciu zagadki tajemniczej śmierci i już po chwili obaj zabierają się do pracy.

Muszę przyznać, że dla osób wrażliwych na widok wnętrzności, film jest niezbyt odpowiedni, ale umówmy się – zwiastun nie pozostawał złudzeń, więc podejrzewam, że do kin wybiorą się ci bardziej odporni. Mnie ten widok fascynował – jako niedoszły lekarz z zainteresowaniem słuchałam o rodzajach obrażeń i możliwych przyczynach zgonu, tylko, że…


 

Zobacz też: Kalendarz na 2017 rok do wydrukowania za darmo


Zgonu nie było?

Im bardziej Austin i Tommy zagłębiali się w otrzewną bohaterki, tym więcej tajemnic pojawiało się do rozwiązania. Wkrótce w budynku zaczynają dziać się dziwne rzeczy – słoneczny dzień ustępuje cyklonowi, a panowie zostają uwięzieni w piwnicy, gdzie mają za chwilę rozegrać się makabryczne sceny. Kluczem do rozwiązania jest znalezienie przyczyny śmierci Jane Doe (w tej roli Olwen Catherine Kelly – nic nie mówi, ciągle leży, a tyle szumu, no proszę :D).

Strach ma wielkie oczy

Pierwsza połowa filmu jest rozegrana wręcz genialnie. Sama autopsja Jane Doe jest zrealizowana fantastycznie – nie brakuje tu stopniowania napięcia, by w końcu dotoczyć się do punktu kulminacyjnego. Od tej pory zagadki zaczynają częściowo się rozwiązywać, ale przy okazji serce nieco się uspokaja i można już się trochę rozluźnić. Wiem, że niektórzy uważają to za ogromną wadę, ja jednak myślę, że daje to odpowiednie wyciszenie przed pójściem do domu. Oglądając horror chcemy się bać, ale nie na tyle, żeby nie móc zgasić światła przed snem.

Wiem, że nic nie wiem

Teoretycznie wszystkie tajemnice zostały ujawnione, jednak ja mam wciąż wrażenie, że było tam do zaoferowania jeszcze coś. Nadprzyrodzona natura problemu, z jakim musieli się zmierzyć patolodzy, nie pozwala na żadne racjonalne wyjaśnienie, a ja za wszelką cenę lubię wiedzieć dokładnie co się stało i jak się stało (ale to już moja wada, nie filmu – domniemanie, że coś się stało ileś lat temu i mogło coś tam wywołać, wcale mnie nie satysfakcjonuje :D).

Film zręcznie domyka wszystkie wątki* i po półtoragodzinnym seansie wypuszcza nas do domu z uśmiechem na ustach. Ale nie uśmiechem rozbawienia – bardziej satysfakcji z dobrze zagospodarowanego czasu. Jeśli ktoś lubi horrory, „Autopsja Jane Doe” z pewnością jest jednym z wartych zobaczenia.

* - zawiera spoiler

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.