Bardzo „Przyjazne Dusze”

Tydzień temu miałam okazję po raz kolejny skorzystać z zaproszenia Wrocławskiego Teatru Komedia i tym razem uczestniczyć w spektaklu „Przyjazne dusze”. Muszę przyznać, że z początku wyglądał on bardzo niepozornie. Byłam go bardzo ciekawa, nie wiedziałam czego się spodziewać, ale jak zwykle w przypadku tego teatru byłam pewna, że na pewno nie będę się nudzić.

Na samym początku spektaklu poznajemy Jacka i Suzie – kochającą się parę… duchów. Okazuje się, że oboje zginęli w nieszczęśliwym wypadku i na skutek zabawnych zawirowań trafili z powrotem na ziemię – do swojego starego domku na wsi. Nudzą się niemiłosiernie, od czasu do czasu przeganiając kolejnych najemców, aż trafiają na Mary i Simona – kochających się, dwoje młodych ludzi. Na początku ich zamiary są jasne – przywrócić święty spokój w ich domostwie, lecz z czasem diametralnie zmieniają zdanie.

Suzie przywołuje swojego Anioła Stróża i postanawia, że za wszelką cenę pomogą wraz z Jackiem nowym lokatorom. Mary w końcu spodziewa się dziecka, a Simon musi napisać dobry kryminał by utrzymać rodzinę, w czym ma mu pomóc oczywiście Jack. Jack Cameron – pisarz powieści kryminalnych.

Spektakl od samego początku jest bardzo sympatyczny, choć jest to nieco inny rodzaj humoru. Nie ma tu wielkich żartów i intryg, bardziej mniejsze niuanse, które co jakiś czas wywołują śmiech, pozostawiając bardzo przyjazne wspomnienia. Tak naprawdę to bardzo swojska i przyjazna opowieść o miłości, przywiązaniu do drugiego człowieka, ale również o przemijaniu i tęsknocie.

563809_395632313851565_325297724_n

Źródło: facebook.com/teatrkomedia

 

Chociaż całej historii towarzyszy sympatyczna otoczka, nie zabrakło mi tu momentu wzruszenia pod koniec spektaklu. Tak naprawdę zrobiło mi się bardzo żal naszych duchów. Kochali się tak bardzo, a nie mogli nawet się dotknąć. Zginęli razem, chcieli być ze sobą również po śmierci, a musieli codziennie patrzeć na siebie i przy każdej próbie pocałunku przez siebie przenikać. Nowi lokatorzy w ich domu stali się ucieleśnieniem ich własnych niespełnionych pragnień, więc oboje byli w stanie zrobić wszystko, by Mary i Simon nie musieli niczego żałować. Aby nie mieli niedokończonych kłótni, nierozwiązanych sporów i żyli w szczęściu, bo nigdy nie wiadomo, kiedy nadejdzie ich czas.

Cały zespół aktorów zasługuje na ogromne brawa (choć prawdopodobnie bardzo się w tym punkcie powtarzam), bo jak już mówiłam zagrać w komedii nie jest łatwo i trzeba mieć ogromne wyczucie scenariusza oraz panować nad swoim ciałem i reakcjami. Niesamowitym przeżyciem było dla mnie oglądać po raz pierwszy na żywo Panią Emilię Krakowską w roli Anioła Stróża. Pojawiała się ni z tego ni z owego, siała trochę zamieszania i wypadała, ale z każdym żartem trafiała w punkt – nawet gdy przylatywała na rosyjskiej rakiecie lub dostawała wezwanie sms-em. Nic dziwnego, że owacje były na stojąco.

Ponieważ byliśmy na spektaklu w Międzynarodowy Dzień Teatru, Pani Emilia postanowiła powiedzieć do publiczności kilka słów. Bardzo ciepłych i życzliwych, które potwierdzają mój obraz aktora, który widza szanuje (jeśli tylko widz szanuje jego) i nie przychodzi tylko „odbębnić” swojej roli i jak najszybciej wracać do domu. Prawdopodobnie dlatego też tak bardzo lubię nasz Teatr Komedia – takie podejście czuje się od każdego z członków zespołu i za to jeszcze raz wielkie brawa.

Jeśli macie ochotę na miły wieczór z odrobinką refleksji ale i dawką humoru, jak najbardziej polecam „Przyjazne dusze”. Ja na pewno zabiorę na ten spektakl moich rodziców przy następnej okazji, bo jest to jeden z tych spektakli, o których się myśli jeszcze długo po wyjściu z teatru.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.