Był sobie pies. A nawet kilka! [RECENZJA]

Książka od jakiegoś czasu jest bestsellerem. „Był sobie pies” to film, na który czekali nie tylko jej fani – zwiastun zadziałał jak magnes nie tylko na mnie. Sala kinowa była pełna.

Był sobie pies

Cała historia zaczyna się, gdy na świat przychodzi rudy retriever. Ucieka ze schroniska, zostaje porwany przez chciwych robotników, a potem pozostawiony w upale w samochodzie. Stamtąd ratuje go chłopczyk Ethan wraz z mamą i od tamtej pory zostają najlepszymi przyjaciółmi. Chociaż z biegiem czasu okazuje się, że na swojego ojca Ethan liczyć nie może, ma u boku wiernego czworonoga, który doskonale wie, że jego człowieka najlepiej rozwesela zabawa piłką. Nic nie trwa jednak wiecznie – Bailey zaczyna mieć na starość problemy z nerkami i musi zostać uśpiony.

I to był ten moment, w którym płakałam po raz pierwszy. Tajemnicą nie będzie, jeśli wam powiem, że od tamtej pory Bailey wędruje od jednego życia do drugiego, za każdym razem ucząc się czegoś nowego o sensie psiego życia. Wciąż jednak pamięta swojego pierwszego przyjaciela i każdego następnego właściciela porównuje do Ethana. Łącznie śledzimy losy psa w czterech wcieleniach, a każde przejście między nimi wywoływało u mnie strumienie łez. Wiecie, w normalnym filmie ktoś umiera raz. Na koniec. Popłaczę i spokój. Tu śmierci są aż trzy, a potem trzeba jeszcze zapłakać na zakończenie.


→ Zobacz także: Kot Bob i ja – recenzja książki


Oczywistym faktem jest to, że film został skierowany do najmłodszych widzów. Zwłaszcza tych, którzy marzą o własnym czworonogu. Każdy z psich właścicieli z filmu miał zupełnie inny stosunek do swojego przyjaciela. Łączyła ich miłość i ogromna troska o dobro zwierzaka. Właśnie to mnie tak bardzo wzruszało. Psio-człowiecza przyjaźń jest piękna i jedyna w swoim rodzaju.

Byłam bardzo zawiedziona, że moim kinie można wybrać tylko seanse z dubbingiem – bardzo nie lubię oglądać aktorskich filmów z podłożonymi polskimi głosami, bo brzmią bardzo sztucznie i nienaturalne, a usta niezsynchronizowane z dźwiękiem wyglądają okropnie. Można było zadbać chociaż o jeden seans dziennie, którym mogą nacieszyć się dorośli (albo starsze dzieci), które nadążają za czytaniem napisów. Czerpanie przyjemności z oglądania było przez to trochę utrudnione, ale mam nadzieję, że ktoś pomyśli o tym na przyszłość – we Wrocławiu jest tylko jedno Cinema City i jeśli nie tam Unlimited ma oglądać seanse, to gdzie?

Filmowe kontrowersje

Wokół filmu były także kontrowersje, przez które zastanawiałam się, czy w ogóle wybrać się na film i zasilać konto producentów (o ile w ogóle z kartą Unlimited to jakkolwiek miałoby zadziałać). Po sieci krążyło nagranie, na którym członkowie ekipy na siłę wpychają psa do wirującej wody, z której następnie trzeba go ratować, bo wir wciągnął go pod wodę. Początkowo byłam oburzona, zrobiło mi się po prostu przykro, że przymusem, a nie obietnicą dobrej zabawy zmuszono psiego aktora do odegrania tej sceny, jednak oglądając ten moment w filmie widać, że jednak pies wskakiwał do wody bez przymusu. Potwierdziło to moje wcześniejsze przemyślenia, że jak było nigdy się nie dowiemy, ale też nie można opierać się na takim krótkim urywku kilkumiesięcznej pracy z czworonogami na planie, bo z szerszej perspektywy rzeczywistość może być zupełnie inna.

„Był sobie pies” skutecznie pchnął mnie w kierunku książki i na pewno już niedługo się za nią zabiorę, tymczasem serdecznie zapraszam was do kin. Tylko nie popełnijcie tego błędu, co ja – weźcie ze sobą chusteczki.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.

  • Julia Siwinska

    Najlepszy psi film.
    Polecam wszsytkim xD

  • Cyprian Waryszewski

    Mega fajny film ale smutny :)

  • J.

    Filmu jeszcze nie oglądałam. Czytałam za to już książkę. Całkiem przyjemna lektura, choć ma pewne wady, które niektórych mogą irytować. Np. taki powiew moralizmu.