Horror, który śmieszy – Mumia [RECENZJA]

Kiedy szłam do kina, byłam pewna, że idę na film, który nosi tytuł Tom Cruise. Tak bardzo podkochuję się w nim od najmłodszych lat. Ale nie, film nazywał się „Mumia” i jest horrorem, który śmieszy.

Drobny zarys historiczny. Kiedyś była „Mumia”, teraz postanowiono zrobić jej remake, który tak naprawdę wcale nim nie jest, bo mamy tu zupełnie innych bohaterów i inną historię. Ba, nawet film nie jest do końca horrorem, bo sam filmweb ocenia go jako „Fantasy/przygodowy”, choć trailery i aspiracje miał raczej straszące. Ot, po prostu ja uważam filmy z mumiami za przerażające i tyle. I jak to wyszło?

Na pewno ciekawie. Umówmy się, że prawdopodobnie nie ma takiego filmu, którego nie uratowałby Tom Cruise (a może to tylko efekt mojego zauroczenia tym panem). Grany przez niego bohater, Nick, wraz ze swoim przyjacielem Veilem, mają odnaleźć grupę terrorystów, a zamiast nich znajduje grobowiec, gdzie spoczywa zapomniana przez świat egipska księżniczka. Choć spoczywa, to trochę za duże słowo.

Oczywiście tytułowa „Mumia” zabiera się samolotem razem z poszukiwaczami skarbów, ale rozbijają się pod Londynem i rozpoczyna się cała seria niefortunnych zdarzeń. Nick zostaje wybrankiem niedoszłej królowej, a jego przyjaciele będą się starali go ratować.

Film ten jest zgrabnym połączeniem czegoś w rodzaju „Ring” (przysięgam, że mumia w swoim najgorszym stanie rozkładu wygląda prawie jak Samara) z „Indiana Jonesem” oraz elementami „The Walking Dead” – zombiaki poruszały się identycznie, mogłabym tu jeszcze przywołać grę Dead Island.

Tak, dobrze czytacie – zombiaki. Okazuje się bowiem, że nasza mumia ma tutaj możliwość tworzenia swojej własnej, prywatnej armii zombie i nie za bardzo można ją powstrzymać (co, żeby była jasność, wydało mi się lekką przesadą i fakt ten skwitowałam szyderczym heheszkiem w kinie).

Mistrzem ceremonii jest tu jednak Veil. Niby jego egzystencja ma być mało znacząca, a jednak gdy tylko pojawia się na ekranie, kradnie ludziom serduszka. Na przykład mnie – ukradł serduszko jak tylko się pojawił, przez moment przestraszył mnie na śmierć, by zaraz potem znów skraść serduszko i jedyne, czego mu brakuje, to tabliczka „Free Hugs”.

Ogólnie rzecz biorąc, jeśli macie ochotę na sympatyczną rozrywkę, trochę przygody, wesołości i odrobinę grozy, idźcie. Jeśli nie, to idźcie dla Toma Cruisa. Ale miejcie świadomość, że jeśli znacie poprzednie filmy z uniwersum Mumii, żeby strawić ten najnowszy musicie się kompletnie odciąć od poprzedników i zatopić w nowej opowieści. Dacie radę? To śmigajcie do kin!

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.