Jane the Virgin – dziewica w ciąży

„Jane the Virgin” to amerykański serial, będący dramatyczno-obyczajową komedią romantyczną. Brzmi jak mieszanka wybuchowa i chociaż nawet tego nie wiedziałam o tym tytule, postanowiłam właśnie nim ochrzcić Netflixa, który od niedawna działa w Polsce. Mamy polskie napisy, więc… do dzieła! Uwaga, spoilers included. Niewielkie, ale są, więc jeśli planujecie oglądać serial, do tego wpisu proponuję nadgonić pierwsze dziewięć odcinków.

jane the virgin

Mała Jane wychowywana przez religijną babcię i niezbyt religijną matkę postanawia, że dziewictwo straci dopiero po ślubie. Tym sposobem, mając 23 lata i od dwóch lat będąc w szczęśliwym związku, nie zdążyła go jeszcze skonsumować. W między czasie idzie na kontrolne badania do niezbyt stabilnej emocjonalnie pani ginekolog, która cytologię wykonać chce pacjentce z pokoju obok, a Jane… zostaje sztucznie zapłodniona ostatnią próbką nasienia bezpłodnego Rafaela. W ten sposób dziewica zachodzi w ciążę, uruchamiana jest cała lawina zaskakujących, momentami nienormalnych wydarzeń.

Pierwsze, co pokochałam w „Jane the Virgin” to narracja. A właściwie narrator, który pismem maszynowym dopisuje notatki do wszystkiego, a następnie obwieszcza je całemu światu. Komentuje bohaterów, określając ich bardzo różnymi epitetami (żona Rafaela, Petra, nazywana jest modliszką już od samego początku), ich upodobania (Jane kocha Boga i smażony ser – w dowolnej kolejności), a nawet zdradza ich najszczersze myśli, z reguły niewypowiadane na głos (przyzwyczajcie się, że jeśli narrator mówi, że bohater chciałby coś powiedzieć, to koniec końców powie zupełnie coś innego).

Jane The Virgin

W tym serialu nic nie jest oczywiste. Właściwie można się tego spodziewać, skoro już w pierwszym odcinku dziewica zachodzi w ciążę przez błąd medyczny, ale scenarzyści nie zwalniają tempa przez kolejne odcinki. Jeśli już wydaje ci się, że wszystko się ułoży, zawsze nastąpi zwrot akcji tak zaskakujący, że niejednokrotnie zbierałam szczękę z podłogi. Oglądamy z Tomkiem i wtedy wymieniamy tylko zaskoczone spojrzenia.

Serial deklaruje, że jest parodią brazylijskich telenowel i potwierdzam z całą stanowczością. Nie tylko dlatego, że bohaterowie w większości miłują się w tych telewizyjnych tasiemcach. Realizacyjnie twórcy czerpią garściami z tego gatunku. Trochę tandetne efekty specjalne (masło maślane), wyobrażenia bohaterów, w których drukarki i plakaty gadają, a znaki drogowe dopisują personalne rady – to wszystko kojarzy mi się z telenowelami kręconymi na sztucznych do bólu tłach z green screena, gdzie śnieg pada na jachcie, a aktorzy wciąż paradują w letnich ciuszkach.

jane-the-virgin

Oczywiście, niektóre rzeczy były do przewidzenia. Jeśli ojciec dziecka jest na dodatek playboyem, który poderwał Jane pięć lat wcześniej, pocałował, rozkochał na zabój, a potem zniknął, nie ma szans, by uczucia nie powróciły i nie pokomplikowały dziewczynie życia. Nie ma tak łatwo. Michael, ten dobry narzeczony, też nie jest tu bez winy i nie ukrywam, że chociaż prawie krzyczałam do monitora, gdy Jane dała się unieść w uścisku z Rafaelem, jest to najmniej lubiana przeze mnie postać w całym serialu. Nazwałabym go takim malutkim dupkiem-hipokrytą, potem trochę egoistą, ale z drugiej strony uważam za rażąco niesprawiedliwe, że życie może pokomplikować się tak bardzo zupełnie nie z naszej winy.

Relację z oglądania będę zdawać regularnie co kilka odcinków (pewnie kolejny wpis o tym serialu za drugie tyle). Tymczasem serdecznie was zachęcam do oglądania, bo ubawicie się do łez i na pewno wciągniecie. „Jane the Virgin” z polskimi napisami jest dostępny na Netflixie (przypominam o miesiącu próbnym) oraz na kilku innych alternatywnych stronach w sieci. Wciągnijcie się ze mną!

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.

  • na tej podstawie powstała polska wersja Majka ;)

    • Nie do końca, owszem – wątek zapłodnienia był podobny, ale serial miał ZUPEŁNIE inny klimat, inne poczucie humoru i.. no mogłabym wymieniać ;)
      Powiedziałabym inaczej – oba seriale wzorują się na jednej i tej samej telenoweli, o ;)

  • Brzmi mi to nieco podobnie do polskiego serialu Majka (chociaż to pewnie nie było polskie, a zwyczajnie stało się polską wersją… czegoś. Może tego?), ale chyba jedynie chodzi tutaj o pomylenie cytologii ze sztucznym zapłodnieniem. Majkę obejrzałam w całości, ale Twój opis „Jane the virgin” kusi mnie, bym obejrzała ten serial. Kurcze, żebym tylko znalazła na to czas (i chęci. Nie lubię oglądać filmów w internecie) to siedzę i oglądam, od rana do nocy, a przynajmniej po nocy. :D. Przyznam szczerze, że lubię seriale w pewien sposób oparte na telenowelach, ale będące jakby parodią. A „Jane…” niewątpliwie tak właśnie brzmi!

    Czekam na kolejną relację z serialu, bo już nie mogę się doczekać co też wydarzyło się dalej! Pozdrawiam, a jeśli znajdziesz chwilę to zapraszam do siebie:

    http://www.humanistka-na-obcasach.blogspot.com

    • Zarówno „Jane” jak i „Majka” są inspirowane pewną telenowelą z Wenezueli :D Seriale mają jednak zupełnie różne klimaty, za „Majką” nie przepadałam, bo była głównie kolejną tasiemcową obyczajówką (na szczęście się skończyła szybciej niż telenowela ;P), a „Jane” to typowa parodia. Jest dużo śmiechu, dużo akcji, twistów w fabule i ten cholerny napis „to be continued” w najgorszym z możliwych momentów :D

      • Kurcze, niech ta sesja już się kończy, bo ja naprawdę chcę obejrzeć „Jane” :D. Ja w sumie „Majkę” lubiłam, ale nie był to mój ulubiony seria – ot tak, żeby móc go sobie obejrzeć przy pisaniu nowego postu na blogu czy coś takiego. „Jane” brzmi jednak całkiem kusząco, pewnie ze względu na to, że to parodia. ;).