Pokochałam Konga. Kong: Wyspa Czaszki [RECENZJA]

Ja was tu pewnie zadziwiam – do tej pory tego typu filmy omijałam szerokim łukiem, bo wydawało mi się, że „to nie mój klimat”. Jak wielkie okazało się moje zdziwienie, gdy stwierdziłam po seansie, że „Kong: Wyspa Czaszki” to dokładnie mój klimat.

Rzecz się dzieje gdy amerykańscy żołnierze mają wracać z wojny w Wietnamie do domów. Już nie mogą się doczekać, piszą listy do rodziny i zastanawiają się, jak będzie smakował ich tort powitalny, a tymczasem naukowcy odkrywają niezamieszkałą i dotąd niezbadaną wyspę. W żołnierskiej obstawie szykują ekspedycję pod pozorem dokładnego przebadania odkrycia, ale jak to zwykle bywa, coś idzie nie tak.

Tym „czymś” jest oczywiście wielka małpa Kong, który między środkowym a małym palcem miażdży wszystkie helikoptery, dziesiątkuje załogi, a bohaterów dzieli na drużyny, które od tego momentu mają jeden cel – dostać się na miejsce zbiórki, by wrócić do domu. A przynajmniej tak nam się wydaje, bo ktoś zdaje się dążyć do czegoś zupełnie innego.

Od razu mówię – jest scena po napisach. Nie wychodźcie, bo jest dobra.

Moje przerażenie widokiem Konga bardzo szybko ustąpiło współczuciu. Raczej na co dzień nie jestem typem superekologa, który lituje się nad każdą muchą przelatującą przez salon, ale losy zwierzątek są mi bardzo bliskie. Dlatego też w dosyć wczesnym momencie filmu przestałam się wielkiej małpy obawiać, a zaczęłam w duszy chlipać nad jego losem. Oto bowiem źli ludzie, którym się wydaje, że cała Ziemia należy do nich, najeżdżają Króla i próbują wprowadzać swoje porządki, podczas gdy nic o tym nowym, nieodkrytym jeszcze lądzie nie wiedzą.

Wątek ochrony przyrody jest tu tak oczywisty, że aż ma się wrażenie, że bije was pięścią po nosie, ale kurczę, z drugiej strony, jest to tak prawdziwe, że łezka kilka razy poleciała mi po policzku.

Ogromne wyrazy uznania należą się dla specjalistów od efektów specjalnych i ludzi, którzy stworzyli te przepiękne krajobrazy. Nawet jeśli każda żyjąca istota na Wyspie Czaszki chciałaby mnie zjeść, ja miałam ogromną ochotę wskoczyć w ekran, powylegiwać się na trawie i popatrzeć w niebo choć przez chwilę. Jak słusznie zauważył jeden z bohaterów „Dlaczego najpiękniej jest tam, gdzie jest najbardziej niebezpiecznie”?

Jeśli chodzi o bohaterów, to moje serce niepodzielnie skradł Hank Marlow (John C. Reilly), który pojawia się nieoczekiwanie i wprowadza ogromną dawkę humoru do niezbyt wesołego początku. Chociaż mówi czasem rzeczy, które normalnie pewnie uznalibyśmy za bzdury, to chce się go słuchać i w głębi duszy wiadomo, że ma rację.

Wbrew temu, co ktoś napisał w NaTemat.pl – nie musicie być głupią i nierozgarniętą kobietą żeby ten film wam się spodobał. Pośmiejecie się, trochę serduszko zabije szybciej, a i nawet krótka, żołnierska łezka poleci. Jak na żołnierski klimat przystało. Polecam.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.