Konwój – recenzja premierowa [PREMIERA]

Kolejny piątek tego roku i kolejne filmowe premiery w kinach! Tym razem, premierowa recenzja należy się filmowi „Konwój”, który znalazł się na mojej liście najbardziej wyczekiwanych filmów 2017 roku i tym razem absolutnie mnie nie zawiódł!

Konwój – taki trochę inny Pitbull

Oglądając trailer miałam wrażenie, że będzie to taki „Pitbull”, tylko z inną ekipą, inną historią. Bo trailer w ogóle niewiele mówił o filmie. Dowiadywaliśmy się właściwie tylko tyle, że będzie jakiś transport więźnia, że na pewno ma dojść do jakiegoś morderstwa i że zięć jednego z głównych bohaterów na pewno nie może być w to wszystko zamieszany. Przecież jest zięciem. Tymczasem okazuje się, że „Konwój” ma zupełnie inny klimat i zupełnie inny wydźwięk. „Pitbull” to głównie film o mafii z policją na drugim planie. Tutaj służba więzienna odgrywa bardziej znaczącą rolę niż sam skazany.

Tempo jak sinusoida

Na początku od razu zostajemy wrzuceni w akcję. Bez zbędnych wstępów, przydługich przedstawień postaci i wprowadzeń. Kilka pojedynczych scen daje nam ogólny obraz sytuacji, która rozwinie się dopiero na naszych oczach, a bohaterów poznamy przez ich działania.

Dzień jak co dzień – konwojenci służby więziennej stawiają się tradycyjnie na odprawę do kolejnego transportu. Mimo drobnych zawirowań kadrowych, w końcu wyruszają w trasę. Niestety jest z nimi Feliks – zięć dyrektora więzienia, który tego dnia powinien uczyć się do egzaminu, a nie pracować. Niestety, bo zostanie wplątany w intrygę teścia, na którą nie chce się zgodzić i czekają go przykre konsekwencje.

Moralne dylematy

Film kręci się wokół tematu skazanych i tego, jak do nich podchodzą pracownicy więzień, którzy stykają się z nimi codziennie, siedem dni w tygodniu. Widzą ich zachowania, jacy są, znają powód odbywania kary i, jak się okazuje, nierzadko nienawidzą – zwłaszcza tych, którzy dopuścili się przestępstwa wobec innych funkcjonariuszy.


→ Zobacz także: Assassin’s Creed – pierwsze rozczarowanie w tym roku


Problem jest według mnie dużo poważniejszy niż mogłoby się wydawać. Oto stajemy przed dylematem, czy człowiek po odbyciu kary za ciężkie przestępstwo jest gotowy na wyjście na wolność? Czy resocjalizacja przebiegła pomyślnie i więzień jest gotowy do ponownego rozpoczęcia życia w społeczeństwie tak, by żadna tragedia się już z jego strony nie wydarzyła? Ludzie, którzy nigdy nie zetknęli się z tematem, na pewno w większości odpowiedzą, że jak najbardziej. Problem w tym, że osoby blisko powiązane z więzieniami – pracownicy i rodziny ofiar przestępstw – już tak nie uważają. Przed takim właśnie wyborem staje główny bohater – Feliks.

Bardzo mocne zakończenie

Atmosfera końcówki jest zdecydowanie mocno zagęszczona. Ponieważ przez trzy czwarte filmu poszczególne wątki dopiero się rozwijają, tajemnic przybywa, a odpowiedzi wcale nie ma, wszystko musi się wyjaśnić właśnie na koniec. Według mnie, ostateczne rozwiązania wcale nie są oczywiste i na pierwszy rzut oka nie dostrzega się tego, co ma za chwilę nastąpić. Ostatecznie też nie poznajemy odpowiedzi na wszystkie pytania i tego, co było dalej możemy się jedynie domyślać.

Aktorstwo pierwsza klasa

Na plus zdecydowanie wychodzi tutaj zgromadzenie rewelacyjnej obsady. Janusz Gajos, którego nazwisko mówi chyba samo za siebie, a do tego Robert Więckiewicz (ostatnio uwielbiany za „Legendy polskie Allegro”), który wciela się w postać stoczonego na samo dno funkcjonariusza-ćpuna. Urzekł mnie również Przemysław Bluszcz w roli Berga – niewiele było scen rozluźniających atmosferę, ale dziwnym trafem chyba wszystkie przypadały właśnie jemu.


Chociaż zwiastun nie był najwspanialszy i bałam się, że ten film może się jednak nie udać, moje obawy okazały się niesłuszne. Moim zdaniem, widz po seansie wychodzi skłonny do pewnych przemyśleń, a ponieważ przedstawiony świat jest wielowymiarowy i nieoczywisty, opinie możemy kształtować na wiele różnych sposobów i to jest piękne.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.

  • Olka

    Jak dla mnie końcówkę zrobiłabym nieco inaczej-zostawiłabym trochę do domysłu dla widza, bo właśnie to rozwiązanie nagle wszystkich wątków nie przypadło mi do gustu. Mimo to jednak film był według mnie dobry, warty obejrzenia i dający do myślenia