Magia Disneya ożywa po raz kolejny – Kopciuszek

W ostatni wtorek wybrałam się do kina na nowego „Kopciuszka”. Co prawda początkowo moją motywacją było zobaczenie „Gorączki Lodu”, czyli krótkometrażówki nawiązującej do „Krainy Lodu”, w której Anna obchodzi urodziny, a Elsa i reszta chcą zrobić wszystko, by uczynić ten dzień niezapomnianym, to już po kilku minutach filmu przestałam mieć wątpliwości, że warto było na niego pójść, ale od początku.

Zacznijmy od tego, że nie wiem, kto wymyślił repertuar Multikina. Jak można nie przewidzieć, że dorośli ludzie chcieliby obejrzeć film z napisami o godzinie innej niż wieczorna lub nocna, ot chociażby w porze obiadowej? Chcąc, nie chcąc, musieliśmy wybrać dubbing i choć nie był on bardzo rażący, nie był też powalający. Głosy wyraźnie odstawały od postaci, ale dało się przyzwyczaić. Bardzo żałuję braku napisów i poważnie rozważam kolejne podejście do tego filmu, bo mam wrażenie, że coś straciłam.

Film zaczyna się niewinnie i szczęśliwie. Młode małżeństwo ma malutką córeczkę, mieszkają w posiadłości na wsi, mają służbę, gąski, kurki i te wszystkie inne zwierzątka, które czynią życie małej Elli szczęśliwym i beztroskim. Wkrótce mama umiera, tuż przed śmiercią wymuszając na dziewczynce obietnicę odwagi i dobroci bez względu na wszystko, a ojciec stara się zapewnić dalsze, jak najszczęśliwsze życie dla swojej córki.

Jakiś czas później sam pragnie szczęścia, więc żeni się z macochą, wprowadza do swojego życia także jej dwie rozkapryszone córki. To było małżeństwo z rozsądku chyba dla jednej i drugiej strony. Dobroć Kopciuszka została uznana za słabość, dalszy ciąg historii znamy – dziewczyna zostaje sama na świecie zdana na łaskę i niełaskę nowej, przybranej matki.

Filmy z księżniczkami w wersjach aktorskich to zdecydowana nowość. Najpierw była „Zaczarowana”, która przecierała szlaki, trochę nawiązywała do bajek Disneya, ale stała się osobnym tworem. Później przyszła pora na Maleficent, gdzie nieco inaczej spojrzeliśmy na historię Śpiącej Królewny, w której Angelina Jolie przyćmiła chyba wszystko inne, a teraz znów uspokajamy nieco emocje w „Kopciuszku”.

f9c1c13f67b1ebe9fc11f62787443386

Do niewątpliwych plusów należą kostiumy. Suknia balowa Kopciuszka jest wprost bajeczna i widząc ją powtarzałam sobie, że do takich właśnie sukienek wzdychałam całe życie. Kostiumy macochy i złych sióstr są po prostu świetnie dopasowane do ich charakteru. Elegancja kontrastuje tu z zupełnie przypadkowym idiotyzmem – siostry ubierały się wciąż tak samo, tylko w różne kolory, a kiczowatość ich strojów przekraczała wszelkie normy. Nie mogę tu zapomnieć również o perfekcyjnej Dobrej Wróżce (Helena Bohnam Carter) – roztrzepany ideał, jeszcze bardziej roztrzepany niż w wersji animowanej, a wydawało mi się, że jeszcze bardziej się nie da.

Nie jest to film ambitny. Nie musi być. Przekazuje proste, jasne prawdy znane nam z innych adaptacji bajki o Kopciuszku, zarówno tych filmowych, jak i książkowych. Uważam, że głupi jest ten, kto idzie na ten film po cokolwiek innego niż piękną historię o dobroci i miłości, trochę naiwną i trochę niespotykaną, ale po to ona jest – by marzyć i uczyć najmłodszych, a w nas utwierdzać przekonanie, że warto zjednywać sobie ludzi dobrym charakterem i czystymi intencjami, a nie siłą i szantażem.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.