W kosmos nie polecę – Pasażerowie

Na temat tego filmu pojawiły się krytyczne głosy już po seansach przedpremierowych. „Pasażerowie” to film, na który bardzo czekałam od momentu obejrzenia pierwszego zwiastuna, a jednak udało się recenzentom zasiać ziarnko wątpliwości.

Pasażerowie, czyli Jennifer i Chris

Jennifer Lawrence i Chris Pratt to chyba najgorętsze nazwiska w ostatnim czasie, więc ich duet nie mógł pozostać bez echa. Ona jest obecnie moją ulubioną aktorką, tuż obok Emmy Watson. Ma fantastyczne poczucie humoru, a przynajmniej takie pokazuje w wywiadach i programach, zawsze z ogromną przyjemnością oglądam ją na ekranie. Chris z kolei był do tej pory aktorem istniejącym w mojej świadomości, ale nie przykuwającym większej uwagi. Po seansie zaczęłam zadawać sobie pytanie „Jak mogłam być tak ślepa?”.

Akcja filmu zaczyna się gdzieś w kosmosie. Widzimy statek kosmiczny, który leci w przestrzeni z włączonym autopilotem, w pomieszczeniach cisza jak makiem zasiał, aż tu nagle wszystkie systemy trafia szlag. Technologia naprawia się sama, z wyjątkiem… No właśnie – jest wyjątek. Awarii ulega jedna z kapsuł hibernacyjnych – to właśnie w takich kapsułach pasażerowie podróżowali z Ziemi na planetę Homestead II, gdzie mieli zostać mieszkańcami nowej kolonii.

Jim Preston szybko orientuje się, że jest jedynym „szczęśliwcem”, którego przebudzenie nastąpiło aż 90 lat od celu podróży, a jego towarzyszem niedoli ma zostać barman-android z cudownym poczuciem humoru, który jest jednak pozbawiony ludzkiej logiki i nie nadaje się na kompana na dłuższą metę. Co postanawia zrobić nasz bohater? Obudzić ze snu piękną Jennifer. A właściwie Aurorę – pisarkę z Nowego Jorku, która leci w podróż po przygodę.


→ Zobacz także: Recenzja „Gwiezdne Wojny – historie: Łotr 1”


Początek problemów

Film to przekrój chyba wszystkich możliwych ludzkich reakcji na sytuacje tak ekstremalne jak utknięcie w przestrzeni kosmicznej samotnie, później w duecie. Począwszy od niedowierzania, poprzez szukanie rozwiązań, zaprzeczenie, rezygnację i pogodzenie z losem – każdy z bohaterów przeżywa te stany we własnej głowie i obecność drugiego człowieka nie jest wcale pomocna. Jim i Aurora nie tylko pożegnali się z dotychczasowym, ziemskim życiem – mieli otrzymać nowe, którego jednak mają nigdy nie doczekać, bo umrą, zanim do niego trafią.

Zwiastun filmu zdradza nam także, że nie obejdzie się bez większych problemów. Okazuje się bowiem, że oto niezniszczalny i bezawaryjny prom kosmiczny jednak jest podatny na awarie, a na całym statku nie ma nikogo, kto mógłby im zapobiec, bo oczywiście wszyscy śpią. No, prawie wszyscy. Dobrze, że Jim jest akurat inżynierem – trochę się na maszynerii zna i ogarnie sytuację, prawda? :)

Efekty na wysokim poziomie

Tylko raz w trakcie filmu poczułam, że to jednak nie tak mogłoby wyglądać. Są sceny, w których brakuje grawitacji i wyglądają one bardzo dobrze, z wyjątkiem chwili, gdy woda z basenu się unosi i tworzy wielką bańkę. Znając podstawowe prawa fizyki niby wszystko się zgadza, jednak nie wyglądało to wyjątkowo realistycznie. Pozostałe momenty, w których bohaterowie znajdują się w stanie nieważkości, nie wyglądają źle – powiem więcej, naturalnie wpasowują się do całości filmu.

Nie będę się narażać

Jeśli jeszcze ktoś się zastanawia, czy może nie skorzystać z mojej propozycji i nie wybrać się na ten film w sylwestra, ze swojej strony serdecznie polecam. Niebanalna historia, która trzyma w napięciu, odgrywana przez dwójkę fantastycznych aktorów i nie ma w niej oczywistych rozwiązań to na pewno dobry powód, by wybrać się do kina. A dla mnie jeszcze lepszy, by zastanowić się, czy wybrałabym się w kosmos, gdyby była taka możliwość. Chyba jednak nie będę się narażać :)

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.