Lidlowy brak wyobraźni

Z góry zaznaczam, że mowa o jednym (słownie: jednym) sklepie. Ba, nawet najprawdopodobniej mowa tu o jednej (słownie: jednej) zmianie spośród kilku zmian tam pracujących. Powiem więcej, mowa tu o dwóch (słownie: dwóch) pracownicach, które miały szczęście (nieszczęście?) pracować akurat wtedy, kiedy blogerka i jej rodzicielka wkroczyły na zakupy.

O tym, że Lidlem i jego bułkami się zachwycam, już wiecie. Mimo to, nic mnie nie powstrzymuje od posiadania lepszych i gorszych, tych bardziej i mniej lubianych sklepów. Mogę, to mam i nikomu nic do tego, ale nie znaczy to, że moje opinie pozostają niezmienne (słyszeliście, że tylko jelenie nie zmieniają zdania? czy jakoś tak.). Do tej pory we Wrocławiu miałam dwa sklepy: przy ul. Obornickiej i Boya Żeleńskiego – teraz ostał się tylko jeden, bynajmniej nie ten drugi.

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Idziecie wieczorem na zakupy, pakujecie pełny wózek, bo robicie zapasy na cały tydzień. Wokół pełno ludzi, ale się nie zrażacie i liczycie, że pójdzie sprawnie. Dopiero przy kasie dowiadujecie się, jak bardzo się myliliście, bo kasy są tylko cztery, a kolejki w nich zakręcają wężyki, których nie powstydziłby się największy rollercoaster świata.

supermarket (4)

Wreszcie nadchodzi wasza kolej, już sięgacie do wózka, by wypakować pierwsze produkty na taśmę, aż tu nagle… komuś przed wami wylewa się połowa płynu do płukania tkanin. Cała podłoga zalana, kasjerka oświadcza, że kasę zamyka i prosi o ustawienie się w jednej z czynnych kas, w których wężyki wcale się nie porozkręcały. Koleżanka, która przybiegła na pomoc nie okazała się bardziej pomocna – nowej kasy nie otworzą, bo nie. Tej szybko nie uprzątną, bo nie. Menedżer? Nie, bo siedzi na kasie.

Skończyło się na tym, że pojechaliśmy na Obornicką, załadowaliśmy wózek od nowa, ale mimo to, że kasy również były cztery, wężyki również były poskręcane, to staliśmy w kolejce raptem pięć minut, podczas których szybciutko zorganizowano jeszcze jedną kasę i z czterech zrobiło się pięć. Można? Można. Pozdrawiam przy tym przemiłęgo pana kasjera – niestety wciąż nie mogę zapamiętać imienia.

PS Opowiem wam jeszcze dowcip.

Ile kasjerek potrzeba do sprzątnięcia rozlanego płynu do płukania tkanin?

Dwóch, bo pierwsza się przygląda.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.

  • Oliwia Markiewicz

    Bogu dzięki, że istnieje takie coś jak zakupy online. <3 Nienawidzę supermarketów, ostatni raz byłam w Lidlu czy innym sklepie ze dwa lata temu.

    • Ja z kolei za zakupami online nie przepadam. Wolę pooglądać, pomacać…:D

  • TheHopeakettu

    E tam nie jest źle! Wpadnij do Carrefour express przed 22 przy kredce i ołówku teraz :D ! Nie wiem czy dopchasz się do wejścia do sklepu! :D

  • Jeśli chodzi o sklepy LIDL, mam złe wspomnienia. Nie wiem czy wszędzie to tak działa, czy ja po prostu miałam pecha. Otóż, robiłam zakupy, wieczorem na ostatnia chwilę. Tak samo jak u Ciebie, kolejki straszne. No nic, czekam Mogłam pomyśleć i zajść w ciągu dnia. Załadowałam zakupy, zapłaciłam. Wychodząc ze sklepu coś mnie tknęło i spojrzałam na paragon. A tam : oliwa z oliwek, której nie zakupiłam około 10 zł, jakieś worki około 4 zł. Naciągnęli mnie na 14 ! Zadziwił mnie fakt, że produkty te był nabite w środku paragonu. Przypadek?
    Nie wiem, niestety za późno było żeby się wrócić.
    Co gorsza sytuacja powtórzyła się raz jeszcze. Wtedy już zareagowałam. Kasjera z obrażoną miną usunęła pomyłkę.
    Dziwne.