Logan: Wolverine – okiem laika [RECENZJA]

Dobra, przyznaję. Jestem burakiem do kwadratu i filmy o superbohaterach mnie nie interesują, a potem jak już się na nie wybiorę, to jakoś się wciągam. Nie widziałam żadnego wcześniejszego filmu z tej serii – „Logan: Wolverine” to mój debiut. Wiem, jestem szybka.

Pomyślałam jednak, że będzie to doskonała okazja do odpowiedzenia wszystkim wam na pytanie – czy jeśli nie ogarniam to też będę się dobrze bawić? Tak! Po prostu nie będzie efektu „wow”, gdy spotkasz znanego wszystkim innym bohatera, a niektóre sekwencje, które są gratką dla fanów serii będą przydługie. Na szczęście nie ma ich dużo.

Oto nasz dzielny Logan, niewierzący w komiksy o samym sobie bohater-mutant, któremu wyrastają z rąk pazuro-sztylety ukrywa się na pustynnym pustkowiu wraz z albinosem Calibanem i wspólnie opiekują się zniedołężniałym Profesorem X, którego gnębi demencja i przez to sprawia wiele problemów. Nagle na horyzoncie pojawia się nowa, młoda mutantka, którą muszą wspólnie przetransportować do tajemniczego Edenu.

Na początku, jak to ja, z przekory byłam nastawiona do filmu neutralnie źle (jak charakter w RPGach, nie?). Nie spodziewałam się fajerwerków myśląc, że to zupełnie nie mój klimat, ale byłam skłonna Logana obejrzeć, bo w końcu Małż chce, a poza tym mam kartę Unlimited i już po prostu nie wypada. 

Najjaśniejszą gwiazdką całego filmu jest na pewno Dafne Keen, która wciela się w postać młodej mutantki. Już w trakcie seansu szepnęłam Małżowi, że dostała kawał roli do zagrania i radzi sobie świetnie. Nie jest tylko dzieciaczkiem uciekającym przed złymi ludźmi, którzy chcą jej coś zrobić. Kilka razy korzysta ze swoich wyjątkowych zdolności i sieka na kawałki przeciwników, będąc przy tym tak naturalną, że aż strach. Wyobrażam sobie, że zagranie takich scen dla dziecka jest niezwykle trudne i wielkie ukłony w jej stronę.

Obiektywnym okiem, bez żadnych sentymentów, muszę też wspomnieć o Patricku Stewarcie, który wcielił się w rolę Charlesa. Zdaję sobie sprawę, że część sukcesu tej postaci to lekkie pióro scenarzystów, ale jego dialogi z Loganem były za każdym razem rozbrajające i idealnie trafiające w moje poczucie humoru.


→ Zobacz także: 5 rzeczy, które usłyszy młoda mężatka


Na samym końcu coś, na co fani filmów Marvela czekają – sceny po napisach. To był mój pierwszy raz w kinie na Marvelu (a drugi w ogóle, ale ćsii), kiedy nikt z sali nie wyszedł jak tylko zapaliły się pierwsze światła. Wszyscy czekali podekscytowani, czytali napisy i wymieniali pierwsze spostrzeżenia, czekając na ten upragniony fragment, którego… nie było. Okrzyk „co jest?!”, który obiegł salę w ekspresowym tempie mówił wszystko.

Film mi się podobał, były momenty, kiedy akcja trochę się wlekła (trochę nawet za bardzo, jak na film akcji), ale po seansie nie mam wielkiego parcia na nadrabianie serii, jakie miałam na przykład po seansie „Star Wars: Przebudzenie mocy”. Wybierzcie się do kina i dajcie znać, jak wam się „Logan: Wolverine” podobał.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.

  • Michał Paul

    Co do sceny po napisach, której nie ma, „Logan” to produkcja 20th Century Fox a nie Marvel Studios, i o ile Marvel zawsze daje jakąś scenę po napisach, a nawet dwie, to Fox w swoich komiksowych produkcjach – niekoniecznie. Ale rozumiem, że skoro nie oglądasz takich filmów, to możesz nie wiedzieć. :) W tym filmie scena po napisach po prostu by nie pasowała. X-Men od Foxa to zupełnie osobna seria, nie powiązana z filmami Marvela. Co do „Logana” to jest to najlepsza produkcja o Wolverinie. Złośliwi powiedzą, że jedyny dobry film o nim, bo poprzednie to padaka. Nie jestem aż tak krytyczny wobec tamtych, ale zdecydowanie były gorsze. I nie trzeba znać całej serii o X-Men, żeby wiedzieć o co chodzi w „Loganie”, bo fabularnie ma niewiele wspólnego z poprzednimi, do tego prawdopodobnie dzieje się w alternatywnej rzeczywistości, podobnie jak komiks „Old Man Logan” który dla twórców filmu stanowił dużą inspirację. Chociaż na pewno lepiej się ogląda ten film znając cały kontekst, to trudno nazwać go sequelem czegokolwiek, trudno też mówić o jakiejś trylogii Wolverine’a, bo każda część jest kompletnie z innej beczki. Także jest to film dość przyjazny dla nowych widzów, podobnie jak zeszłoroczny „Deadpool”.

    • Ze sceną po napisach to jest tak, że chociaż wszyscy czuliśmy, że tam nie pasuje, to jednak wszyscy jakoś czekali, ale i tak najbardziej szkoda mi było Męża. On to był naprawdę zawiedziony :D A jest fanem ;)

      • Michał Paul

        Ja zawsze sprawdzam w internecie, czy w danym filmie jest scena po napisach, oszczędza to ewentualnego rozczarowania, zresztą gdybym przetrzymał swoją dziewczynę na sali, a na końcu nie byłoby żadnej sceny, to chyba by mnie zabiła. :)