Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie, czyli ładna klamra dla serii

Seanse filmu Łotr 1 zaczęły się już w środę, 14. grudnia, jednak mnie dane było zobaczyć ten film dopiero w piątek, gdy zdrowie pozwoliło mi opuścić łóżko i swobodnie porozumiewać się ze społeczeństwem. Zapraszam was na moją recenzję najnowszego filmu z uniwersum Gwiezdnych Wojen.

Zacznijmy od tego, że, jak może niektórzy z was pamiętają, moja przygoda ze Star Wars zaczęła się rok temu, gdy do kin wszedł Epizod VIII. Do tamtej pory uważałam, że to kolejna, nudna głupota, jak „Władca Pierścieni” (do którego miałam już tak dużo podejść, że na pewno nie polubię), a tymczasem BB-8 skradł moje serce na tyle, że postanowiłam zagłębić się w ten świat i przepadłam.

Między pierwszą a drugą trylogią Gwiezdnych Wojen bardzo brakowało mi tego, co działo się pomiędzy nimi. Może właśnie dlatego można je oglądać w dowolnej kolejności i nikt się nie pogubi, ale ja lubię wiedzieć bardzo dużo o świecie, do którego się zgłębiam. Na szczęście odpowiedzi na wszystkie pytania przynosi Łotr 1.

Na niekorzyść tego filmu bez wątpienia działa to, że trochę lat ma do nadrobienia i akcja na początku rozwija się bardzo wolno, przy jednoczesnym przeskakiwaniu między planetami w szaleńczym wręcz tempie. Tym sposobem w ciągu dziesięciu minut skaczemy od planety do planety i muszą przyznać, że sama pogubiłam się już w ich nazwach i w tym, co tak właściwie się na każdej z nich działo. Chętnie wybiorę się do kina raz jeszcze, by ten element ogarnąć.

Łotr 1 trochę mi się dłużył, ale nie bardziej niż pozostałe filmy serii. Przez to, że najpierw były kręcone w specyficznym stylu starszego kina, a później do tego stylu chciano nawiązywać i jak najbardziej się w nich utrzymać, wszystko jest pokazywane dosłownie i w wolniej niż w innych filmach gatunku. To z jednej strony dobrze, bo pokazuje wiele szczegółów i nie ma miejsc na większe niedomówienia, ale zawsze jest to ryzyko, że ktoś, kto ogląda po raz pierwszy film z uniwersum się do niego zwyczajnie zniechęci.

Droidy jak zwykle kradną całe show, tu nie jestem zdziwiona. Tym razem do świata wprowadzono uroczego K-2SO, który został przeprogramowany z droida imperialnego na przyjaciela rebelii, przy czym skutkiem ubocznym jest to, że gada, co mu prąd przyniesie na styki, jest do bólu szczery, ale podobnie jak jego koledzy po fachu z innych filmów, ma w sobie cudowną, ludzką duszę, która ujawnia się w najmniej spodziewanych momentach.

Ta część recenzji zawiera spoilery

 

Fanom Star Wars polecam, tym zaś, którzy jeszcze się do serii nie przekonali, wciąż polecam zacząć przygodę od „Przebudzenia Mocy”, następnie zajrzeć do starej i nowej trylogii, a potem wybrać się do kina na Łotr 1.

Napiszcie w komentarzach, czy zgadzacie się z moją recenzją – zwłaszcza ci, których przygoda z Gwiezdnymi Wojnami trwa dłużej niż moja. Jestem bardzo ciekawa, czy wieloletni fani mają podobne odczucia.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.

  • Julia Siwinska

    PS: Ta recenzja zawiera spoilery XD