Malkontenci nie biegają

Do napisania tych słów natchnął mnie maraton, który wczoraj odbywał się we Wrocławiu. Właściwie nie sam maraton, a ludzie, którzy komentowali relację z niego na łamach Gazety Wrocławskiej. Zewsząd wylewał się jad i totalnie niezadowolenie ze wszystkiego, a mogła to być piękna i pogodna niedziela…

Zacznijmy od wyjaśnienia pewnej kwestii. Maraton odbywa się we Wrocławiu co roku, mniej więcej w tym samym czasie. Zapisy i zapowiedzi imprezy pojawiają się przynajmniej miesiąc wcześniej (nie wiem dokładnie, jak wcześnie, bo mnie to zwyczajnie nie interesuje – sama nie biegam), znaki drogowe na trasie pojawiają się przynajmniej tydzień wcześniej i ogółem wszyscy o tym maratonie wiedzą. I wszyscy na niego narzekają.

Pojawiają się głosy, że można biegać na obrzeżach miasta i nikomu nie przeszkadzać. Można, ale czy wtedy byłaby to tak prestiżowa impreza? Pewnie nie, a przecież z promocji naszego miasta i regionu wszyscy mieszkańcy powinni być zadowoleni. Powiedzmy, że częściowo rozumiem irytację ludzi, że komunikacja nie działa sprawnie, a samochody tkwią w korkach na zamkniętych ulicach, ale HALO. Przecież nie dowiadujecie się o zamknięciu ulic w momencie, gdy ustawiacie się między czerwonym Oplem a seledynowym Fiatem.

Wystarczy trochę głowy i można zaplanować dzień tak, jak ja. Bez nerwów, bez korków i bez zatruwania innym życia. Bo tak się składa, że maratończyk zawsze będzie nad tobą górą, bo mu się chce. Bo rusza tyłek i biegnie. Dla siebie, dla swojego organizmu, dla wygranej, dla czegokolwiek. Ma samozaparcie, by coś zrobić. Ty natomiast masz samozaparcie tylko do narzekania.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.