Menu & Search
Mamma Mia: Here we go again – lekka, letnia opowiastka

Mamma Mia: Here we go again – lekka, letnia opowiastka

Dziesięć lat minęło jak jeden dzień. Pamiętam jakby to było wczoraj seans pierwszej części filmu "Mamma mia!", a niedawno miałam okazję oglądać część drugą i... troszkę się zawiodłam.


Żeby nie było, nie zawiodłam się jakoś bardzo. Po prostu nasłuchałam się tylu pochlebnych opinii o tym filmie, że spodziewałam się nie wiadomo jakich fajerwerków, tymczasem „Mamma Mia!; Here we go again” to prosta, lekka opowiastka, która nie ma wyraźnego początku ani końca.

W pierwszej części mieliśmy jakąś historię – trzech potencjalnych ojców, rodzinny dramacik, odrobinę humoru, wesele, happy end. W części drugiej nie ma ani happy początku ani tak naprawdę wyraźnego happy endu. Film ogląda się bardzo fajnie, ale na dłuższą metę, brakowało mi konkretnej odpowiedzi na pytanie „o czym właściwie jest ten film”.

Wszystko zaczyna się jaki czas po wydarzeniach z części pierwszej. Obawy fanów filmu ziściły się – Donna nie żyje, nie wiadomo jednak co się z nią stało i w jaki sposób zmarła. Jeden z ojców został z Sophie na greckiej wyspie i pomaga w remoncie hotelu, pozostała dwójka gdzieś w świecie realizuje swoje plany zawodowe. Wszyscy bohaterowie spotykają się jednak na ponownym otwarciu pensjonatu, Sophie zachodzi w ciążę i poznaje historię młodej Donny (w tej roli cudowna Lily James).

Tak naprawdę jedyne, co kuleje w tym filmie, to spójna fabuła, bo radości i lekkości wciąż w „Mamma Mia” nie brakuje. Warto zwrócić uwagę na piosenki ABBY, które po raz kolejny zostały świetnie dobrane (tak, wiem, że pierwsza część została zdeterminowana musicalem, natomiast w drugiej ktoś już się musiał napracować). Soundtrack zresztą znajduje się już na Spotify, polecam posłuchać zwłaszcza Lily James (pięknej i cudownie uroczej) – w ucho wpadł mi najbardziej utwór „Andante, andante”.

To, czego na pewno nie brakuje „Mamma mia: Here we go again” to wzruszające momenty. Gdy widzimy, że drogi bohaterów schodzą się i rozchodzą w najmniej oczekiwanych momentach i w najróżniejsze sposoby. Gdy na ekranie pojawia się Meryl Streep i śpiewa najbardziej wyciskającą łzy piosenkę na świecie.

No i jeszcze humor. Moje serce jest bardzo Colinem Firthem i Stellanem Skarsgårdem i ich Harrym oraz Billem. No, po prostu mordka sama się cieszy.

Jeśli oczekujecie fabularnych fajerwerków, to ten film nie jest dla was. Ale jeśli kochacie wakacyjne historyjki, gdzie wszystko jest na miejscu – łzy, śmiech, śpiew i taniec, szorujcie do kin, póki jeszcze grają.

0 Comments
Leave a Comment