Organizacja naszej wyprawy do Londynu

Jak wiecie, wyjechaliśmy sobie na tydzień do Londynu. Kocham to miasto całym sercem i jest to miasto, w którym czuję się jak w domu, więc odwiedzam tak często, jak tylko mogę. Tym razem postanowiłam dzielić się z wami tym, co się tu dzieje. A zaczęło się kilka miesięcy temu…

…od zakupu biletów lotniczych. Wybraliśmy opcję najtańszą, czyli linie lotnicze Ryanair. Postanowiliśmy nie dokupować dodatkowego bagażu rejestrowanego, gdyż z jednej strony byłoby to dla nas później nieporęczne, a z drugiej dużo droższe. Poza tym, po ostatniej Szwecji mamy chyba dość przeżyć ze zniszczeniem walizek. Za dwie osoby w dwie strony zapłaciliśmy około 580 zł, a lot trwa godzinę i 45 minut.

Mieszkamy w trzeciej strefie komunikacyjnej, między stacjami metra Walthamstow Central a Blackhorse Road, które są obsługiwane przez niebieską Victoria Line. Jesteśmy tutaj już drugi raz, a hotel znalazła moja mama w zeszłym roku. Powinnam właściwie powiedzieć dom gościnny, gdyż mieszkamy w domu podzielonym na wynajmowane pokoje. Cena to 20 funtów od osoby za noc, co daje łącznie 280 funtów za cały pobyt. Rezerwacja dokonywana jest dopiero po wpłaceniu zaliczki równej połowie tej kwoty – to była część, którą wykonaliśmy zaraz po zakupie biletów lotniczych. Jeśli ktoś jest zainteresowany noclegiem tutaj, zapraszam na stronę Domu Gościnnego Albert’s Guest House*.

Trzecią najważniejszą kwestią jest komunikacja miejska. My zdecydowaliśmy się na 7-dniową Travelcard, która jest kodowana na karcie Oyster. My swoje mieliśmy jeszcze z zeszłego roku, natomiast za nową pobierana jest kaucja wynosząca w chwili obecnej 10 funtów. Sam bilet kosztował nas 36,80 od osoby i obejmuje przejazdy metrem, autobusami i kolejką DLR w granicach stref 1-3.

Z najważniejszych informacji, to by było na tyle. Wyczekujcie kolejnego wpisu, w którym przedstawię wam jedną z największych atrakcji tego miasta i okolic, zajrzyjcie też do wpisu, w którym radzę jak zorganizować sobie pierwszy wyjazd do Londynu.

** Edit: 19.10.2014. Nie polecam – jeśli coś zostawicie, a nie zorientujecie się tego samego dnia, macie pewność, że zguby nie odzyskacie, bo wyląduje szybciutko w koszu na śmieci. Chyba, że pani uczy się na własnych błędach i zacznie informować swoich gości o pozostawionej w pokojach elektronie.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.