Powrót dzieciństwa – powrót Power Rangers [RECENZJA]

Moje wewnętrzne dziecko skakało pod sam sufit, gdy okazało się, że Power Rangers wracają. Mało tego, że wracają – pojawią się tym razem na wielkim ekranie. Musiałam się wybrać i oczywiście przychodzę do was z jeszcze ciepłą recenzją.

Przyznam, że na seans szłam nieco nieprzygotowana. Nie znałam obsady, nie czytałam opisów, nie wiedziałam, na czym ma się opierać nowy Power Rangers i właściwie to też nie do końca pamiętałam serial (w końcu ile z tego mogło zapamiętać siedmioletnie dziecko oglądające odcinki do śniadania przed szkołą, które w dodatku omijało co drugi). Jedno jest pewne – każdy kiedyś chciał być Rangersem, a ja z oczywistych względów zawsze byłam Różowa.

Historia zaczyna się w dalekiej (bardzo dalekiej nawet bym rzekła) przeszłości, kiedy to Zordon walczy z Ritą i usiłuje wraz z drużyną pierwszych Rangersów obronić ziemski kryształ życia przed zniszczeniem. Niestety, nie udaje im się to, kryształy mocy zostają zakopane i czekają na lepsze czasy, zaś sam Zordon zostaje przez Alfę umieszczony w pamięci statku kosmicznego.

Lata później piątka niesfornych nastolatków przez zbieg okoliczności spotyka się i znajdują owe kryształy, kompletnie nie wiedząc, co to jest, a dzień później odkrywają w sobie dziwne moce i przy okazji odnajdują zakopany statek kosmiczny z Alfą na pokładzie.

Tutaj muszą zacząć się moje zachwyty nad postacią Alfy. To fakt, że został unowocześniony. Otrzymał zupełnie nowy wygląd i przede wszystkim… wzrost – nie jest już rozmiarów dorosłego człowieka, teraz pałęta się pod nogami, a niezwykłe poczucie humoru sprawia, że bardzo uroczy z niego robocik. Było go w sumie stosunkowo dużo, ale ja i tak żałuję, że nie mogłam pooglądać go dłużej.

Kolejną perełką jest Elisabeth Banks w roli złej Rity. Jak mówiłam, wcześniej nie sprawdzałam obsady filmu, więc jej pojawienie się na ekranie było zaskoczeniem. Miłym zaskoczeniem, zwłaszcza po roli Effie Trinket z Igrzysk Śmierci, gdzie jej postać była zupełnie inna (bo i film diametralnie się różnił). Nieważne, czy akurat gniła na ekranie ze starości, czy ubrana była w kosmiczne wdzianka, kradła show. Wyraźny z niej był czarny charakter i podobnie jak w serialu Power Rangers, nikt nie miał wątpliwości, że była złem wcielonym.

Jeśli chodzi o samą piątkę głównych bohaterów, podobało mi się, że każdy miał swoją historię, która z kolei uzasadniała ich motywacje i działania. Byli różni nie tylko ze względu na etniczne pochodzenie, ale też środowisko, z jakiego pochodzą, przeszłość i problemy, z jakimi musieli się borykać. Można by przypuszczać, że gdyby nie to, że zostali Power Rangers, prawdopodobnie nigdy by się nie spotkali, bo nie mieliby tematów do rozmów ani powodu, by chcieć poznać się bliżej. Ogromny plus za to, że dzieciaki nie są od razu superbohaterami i czują się bardzo zagubione.

Nie zabrakło też nawiązania do serialu, do którego każdy z nas ma chyba pewien sentyment. Jak zwykle podczas uruchamiania Zordów do walki pojawił się muzyczny motyw „Go Go Power Rangers”, a w czasie walki doszło ostatecznie do połączenia w Megazorda, chociaż myślałam, że to już nigdy nie nastąpi. No, w końcu im się udało wykombinować, jak to zrobić.

Na ogromny plus zasługują kostiumy i efekty specjalne, godne naszych czasów. Stroje Rangersów w końcu wyglądają jak autentyczne zbroje, a nie kruche kostiumiki z kolorowego lateksu, a potwory z jakimi się mierzą (a przy okazji Zordy i Megazord) nie wyglądają na stworzone z kartonu i srebrnej taśmy. Chociaż w serialu miało to swój urok, fantastycznie było zobaczyć nowoczesny szlif.

Jedynym małym minusem mogłaby tu być przewidywalność i dosyć oczywiste morały płynące z historii. Ci, którzy wcześniej oglądali serial nie będą tym zszokowani, bo edukacyjny walor raczej często przewijał się w odcinkach, a ponieważ był kierowany do młodych, to i mówiono do nich prostym językiem. Nie uległ zmianie także szkielet historii, w którym to najpierw poznajemy jakiś problem bohaterów, później walczą oni bez zbroi, następnie mamy transformację, Zordy, Megazorda i ostateczne zwycięstwo.

Uwaga, mamy też scenę po napisach. Nie ma tam niedomówień – będzie nowa część, to jasne. Zostańcie na niej, a dowiecie się o niej nieco więcej ;)

Fani Power Rangers – zasuwajcie do kina. Powrót do tej historii naprawdę nieźle wyszedł i można się przy tym filmie ubawić dokładnie tak samo, jak za dzieciaka. Nie brakuje humoru, efektów i kawałka dobrej historii. Polecam całym serduchem.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.