I tak powstała Wonder Woman [RECENZJA]

Po krótkiej chwili posuchy w kinach, znowu wracamy na właściwe tory! Tym razem wybraliśmy się na „Wonder Woman” – chwila historyczna, bowiem chyba po raz pierwszy to ja wyszłam z inicjatywą, by iść na film o superbohaterach.

Ale, ale, niespodzianka! Tym przełomowym filmem wcale nie był jeden z Marvelowskich, o nie. „Wonder Woman” jest bowiem bohaterką innego uniwersum – DC (tak, wiem, że to tylko wydawnictwo). I podobno (a wiem to od bardzo wkręconych w ten świat znajomych) jest to ich najlepszy film od bardzo dawna, jeśli nie w ogóle.

Cała historia jest właściwie jedną, wielką retrospekcją. Diana, jedyna dziewczynka na cudownej, rajskiej wyspie Amazonek, ulepiona z gliny przez swoją mamę (przy okazji królową) i powołana do życia przez samego Zeusa, bardzo pragnie stać się prawdziwą wojowniczką. Niestety, jej mama jest bardzo troskliwa – należy do tych nadopiekuńczych i nie pozwala jej trenować. Tymczasem poza rajskim światem trwa wielka wojna, która pochłania miliony istnień i wkrótce ma się tragicznie zakończyć.

Jak się pewnie domyślacie, mała Diana, a później nieco większa Diana, postanawia walczyć z całym złem tego świata i wyrusza do Anglii, gdzie chce raz na zawsze rozprawić się ze złym bogiem wojny, Aresem, a przy okazji wypełnić swoje amazońskie przeznaczenie. Nie jest z tym wszystkim sama, towarzyszy jej grupa wiernych przyjaciół, którzy choć początkowo mają ją za delikatnie szurniętą, bardzo szybko zaczynają ufać jej instynktom w stu procentach.


→ Zobacz także: Baywatch – Słoneczny Patrol [RECENZJA]


Bardzo zauroczył mnie klimat tej historii. Mimo tego, że jest to film o superbohaterce, efekty specjalne nie przytłaczają i chyba po raz pierwszy na tego typu filmie miałam wrażenie, że to historia jest najważniejsza, a nie supersiła i inne supermoce. Wyglądało to tak, jakbyście przenieśli się w czasy II Wojny Światowej i dodali szczyptę technologii pomieszanej z superbohaterskością Wonder Woman.

Sama historia też wciąga. Początkowo mamy delikatny mętlik w głowie i szybko zapominamy, jak ta opowieść w ogóle się zaczęła. W środku nie ma oczywistych rozwiązań – każdy, nawet największy przyjaciel, za chwilę może okazać się twoim wrogiem i dopiero gdy sprawy zatoczą koło, wrócimy do punktu wyjścia, możemy wziąć głęboki oddech i usatysfakcjonowani opuścić kino. Piękna sprawa, mówię wam.

Jedynym, drobnym mankamentem (naprawdę drobnym, chyba za chwilę parskniecie śmiechem) jest kilka sekund (tak, widzicie dobrze) ścieżki dźwiękowej. Ja wiem, że główny motyw muzyczny, że ważny i w ogóle genialny, ale superodważne solo na elektryku, które na dodatek nie pasuje do tempa akcji na ekranie przeszkadzało w odbiorze. Nawet jeśli trwało kilka sekund.

„Wonder Woman” polecam nie tylko fanom superbohaterów. Szczerze mówiąc, to zabrałabym na ten film nawet moją mamę – a to już ogromny postęp, jeśli chodzi o filmy o superbohaterach.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.