Przedpremierowo – „Ghost in the shell” [RECENZJA]

Ostatnio bardzo rzadko zdarza mi się omijać jakiekolwiek filmy, ale na „Ghost in the shell” i tak czekałam z zaciekawieniem. Gdy tylko odkryłam, że odbędą się seanse przedpremierowe, postanowiłam skorzystać z okazji (częściowo też dlatego, by móc wam ten film szybko zrecenzować).

„Ghost in the shell” to adaptacja anime o tym samym tytule, które z kolei powstało na podstawie mangi. Od razu zaznaczę, że anime nie oglądałam – ostatnie chyba widziałam z pięć lat temu, nie mogę znaleźć nic dla siebie, to, na co trafiam mnie nudzi, więc trochę sobie odpuściłam poszukiwania i pogodziłam się z faktem, że nie wszystkim musi się podobać ten gatunek (ale Elfen Lied było piękne).

Na samym początku poznajemy Mirę i dowiadujemy się, że posiada stworzone przez korporację prawie niezniszczalne ciało, w którym ulokowano jej mózg, ratując duszę przed utonięciem razem z pierwotnym ciałem. Bohaterkę przydzielono do Sekcji 9, która zajmuje się pilnowaniem porządku publicznego, co w rozumieniu świata przedstawionego w filmie oznacza głównie wyłapywanie hakerów. Aż pojawia się taki jeden, który wywraca wszystko do góry nogami.

No właśnie, świat. Znajdujemy się w Japonii przyszłości, w której prawie każdy obywatel postanawia przeszczepić sobie cybernetyczne części i w ten sposób udoskonalić swoje ciało. Chcesz więcej pić – przeszczep sztuczną wątrobę, a jeśli marzy ci się rentgen w oczach, nie ma sprawy – chętnie zamienimy ci oczy na małe lornetki i nawet noktowizor dorzucimy gratis. Konsumpcjonizm w tym społeczeństwie sięgnął chyba sufitu, a imponujące reklamy-hologramy górują nad miastem i są wyższe nawet od niektórych wieżowców.

W mieście wszystko się rusza, miga, jest kolorowe, błyszczące i atrakcyjne. Cudownie ogląda się wszystkie sceny miejskie, zwłaszcza tą nocną, podczas nocnego rejsu statkiem. Panorama jest wtedy wyjątkowo urokliwa i gdyby nie przerażało mnie wszystko dookoła, chętnie bym do tego świata zanurkowała.

Byłam ciekawa „Ghost in the shell” chyba głównie z powodu obsady, a mianowicie Scarlett Johanssonw głównej roli. Według mnie sprawdziła się znakomicie – w porównaniu do innych bohaterów, którzy byli bardziej… ludzcy, wyglądała naprawdę na robota, który z jednej strony może być maszyną do zabijania, a z drugiej potrafi pokazać swoje człowieczeństwo. Swoją drogą, niesamowite wrażenie robi nawet to, jak Scarlett się porusza – jakby była dosłownie zaprogramowana do pokonania określonej trasy.

Nie szukałabym w tym filmie szczególnej głębi – morał i przesłanie są proste i czytelne. Najmocniejszą stroną „Ghost in the shell” jest ciekawa historia (przyznam, że było kilka momentów, może nie bardzo zaskakujących, ale takich, które nie były od razu oczywiste) i zdecydowanie efekty wizualne.

Wybieracie się na ten film do kina? Dajcie znać, jak wrażenia i koniecznie napiszcie, czy oglądaliście wcześniej anime, czy też w ogóle nie znacie tego tytułu?

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.