Reality show w kosmosie? Tylko „Fobos”

O książkach nie pisałam bardzo dawno, bo też ostatnio miałam na nie mniej czasu. Na szczęście jedno długie okienko na uczelni, nudny wykład i kawałek miłego wieczoru wystarczyły, żebym połknęła kolejną pozycję. „Fobos”, bo o tej książce mowa, to tytuł, który idealnie wstrzelił się w moje aktualne czytelnicze potrzeby.

A jakie to potrzeby? Przede wszystkim lektura lekka, przyjemna, z katastroficzną nutą, osadzona w kosmosie… No dobra, może kosmos to nie warunek konieczny, ale przyznaję – lubię wszystko, co we wszechświecie gra i nie pogardzę jakąś futurystyczną wizją wyprawy na Marsa. Hej, właśnie o tym jest „Fobos”!

W całkiem niedalekiej przyszłości Stany Zjednoczone znalazły się na krawędzi bankructwa i nowowybrany prezydent postanawia podreperować budżet sprzedając w prywatne ręce wszystkie państwowe spółki. Pod młotek trafia również NASA wraz ze wszystkimi pracownikami (których spora część zostaje zwolniona), projektami i maszynami zarówno na Ziemi, jak i w kosmosie.

Jak to zwykle bywa w biznesie, nie inwestuje się w niedochodowe przedsiębiorstwa – z misji na Marsa postanowiono zrobić reality show i wysłać dwunastkę nastolatków z różnych zakątków globu o przeróżnych zainteresowniach i upodobaniach, a potem zeswatać ich w trakcie podróży, pozwolić im założyć w kosmosie rodziny, mieć dzieci, skolonizować czerwoną planetę. No i oczywiście wszystko to transmitować na żywo (tak, z uwzględnieniem opóźnienia w przekazie) na firmowym kanale w internecie.

Za kulisami programu Genesis nie jest już tak różowo. Okazuje się, że całe przedsięwzięcie jest ogromną intrygą mającą na celu wygenerowanie ogromnego przychodu, a młodzieżą pozostawioną na pastwę kosmicznego losu nikt się nie przejmuje. Główna bohaterka stawia sobie za cel zapobiec katastrofie, tylko… jak to zrobić?

„Fobos: Tom 1”, bo tak powinnam nazywać tę książkę to wyraźny wstęp do całej reszty i to się czuje. Dopiero poznajemy bohaterów, siłą rzeczy najwięcej wiemy o Leonor, głównej postaci żeńskiej, troszkę mniej, ale wciąż dużo o innych dziewczętach lecących na Marsa – chłopców zaś poznajemy głównie dzięki relacjon dziewczyn ze spotkań z nimi. Również to, co dzieje się na Ziemi, jest przedstawiane bardzo zdawkowo, ale dzięki temu autor dawkuje napięcie i mam ochotę sięgnąć po drugi tom (który już od marca jest w księgarniach, tak swoją drogą).

To prawda, że styl nie jest szczególnie wysokich lotów, a główną składową są jednak dialogi – nie uświadczycie tam zbyt wielu opisów, ale to jest według mnie jedna z mocniejszych zalet tej historii. To właśnie dzięki temu czyta się ją bardzo szybko i tak, że nie można się od niej oderwać.

Jeśli nie są wam obce klimaty „Igrzysk Śmierci” i „Marsjanina”, koniecznie spróbujcie zaprzyjaźnić się z Victorem Dixenem i jego „Fobosem” – na pewno nie pożałujecie.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.