Resident Evil (na szczęście) Ostatni Rozdział [RECENZJA]

Straciłam rachubę przy liczeniu, która to właściwie już część Resident Evil. Jedno jest pewne – do popcornu może być, ale niestety szału nie ma.

Gra komputerowa stała się już dawno hitem i niewątpliwie klasykiem, w który każdy szanujący się miłośnik gier powinien poznać i nawet jeśli nie pokochać, to przynajmniej orientować się w przedstawionym świecie. Ja gry wcześniej znałam, nie byłam ogromną fanką, ale kojarzyłam historię, natomiast żadnego z filmów nie widziałam i z tego, co przeczytałam po seansie, mam czego żałować, bo z każdą kolejną było coraz gorzej – może poprzednie części zatarłyby złe wrażenie Ostatniego Rozdziału.

Historia zaczyna się od krótkiej historii głównej bohaterki. Poznajemy historię ojca, który chciał uratować swoją córkę przed śmiertelną chorobą i wynalazł wirusa, który może objawy tej choroby cofnąć. Nie przewidział jednak skutków ubocznych, które w konsekwencji wywołały epidemię zombie na Ziemi, populacja ludzka zmniejszała się z każdą chwilą, a niektórzy ocaleli, w tym właśnie nasza bohaterka – Alice, postanowili w jakiś sposób zatrzymać nadchodzący koniec świata.

Film reklamuje się jako horror akcji. Co do akcji, jestem w stanie się zgodzić, bo dzieje się dużo i to już od samego początku. Montaż jest dynamiczny do tego stopnia, że podczas walk miałam problem z odróżnieniem, co się właściwie dzieje i po prostu musiałam przyjąć do wiadomości fakt, że ktoś walczy – poszczególne ciosy rzadko można było od siebie odróżnić i ten element twórcom się według mnie udał. Z częścią „horrorową” był już nieco większy problem. Kilka jumpscare’ów na samym początku, w dodatku do bólu przewidywalnych, to zdecydowanie za mało, by mówić o pełnoprawnym kinie strachu.

W ogóle cały film jest do bólu przewidywalny i to właściwie bolało mnie najbardziej. Doszło nawet do tego, że z Małżem dla zabawy odliczaliśmy sobie, że coś zdarzy się za 3…2…1… i wiecie co? Zawsze mieliśmy rację. Nowy Resident Evil powiela klasyczne schematy z podobnych filmów. Gdy wiedzieliśmy, że wśród sojuszników Alice znajduje się wróg, wiedzieliśmy od razu, że będzie nim ten, kto przeżyje jak najdłużej. Potem już było tylko czekanie na śmierć kolejnych towarzyszy.


→ Zobacz także: Sztuka kochania – historia Michaliny Wisłockiej [RECENZJA]


Skoro film był przewidywalny przez pierwszą godzinę, nie było też już wątpliwości co do tego, jak się skończy. W końcu całość musiała się wpisać w jakiś dobrze znany fanom tego kina kanon. Ogólnie przesiedziałam cały film niby zainteresowana akcją (bo nie można powiedzieć, że było zupełnie nudno), ale z drugiej strony ani razu nie podskoczyłam z nerwów, a serce nie przyspieszyło ani na chwilę.

Jeśli jesteście ogromnymi fanami serii filmów i/lub gier Resident Evil, na pewno warto zobaczyć również Ostatni Rozdział. Fani gier nieznający poprzednich filmów mogą być, podobnie jak ja, nieco rozczarowani, ale na pewno nie stwierdzą, że było to stuprocentowe marnowanie pieniędzy. Idealnym podsumowaniem całości będzie moje „meh” i to powinno wystarczyć :) 

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.