Jak rozczarował mnie „La La Land”? [RECENZJA]

Załapałam się na przedostatni dzień wyświetlania musicalu „La La Land” w moim kinie. Do tej pory wciąż były filmy ważniejsze, ale tym razem powiedziałam sobie „Hej, musisz w końcu to cudo zobaczyć, przecież kochasz musical!” i… trochę się rozczarowałam.

Od samego początku urzekł mnie klimat tego filmu. Stylizowany na starsze produkcje (chociażby kultową już „Deszczową piosenkę”) czaruje nie tylko kolorami dodanymi w postprodukcji, ale także wprowadzeniem trochę staroświeckich elementów w nowoczesny świat. W ogóle jest to opowieść na tyle uniwersalna, że właściwie nie wiemy, kiedy mogłaby się dziać. Z jednej strony bohaterowie wyciągają z kieszeni iPhone’a, a drugiej gdzieś w tle stoi znany nam wszystkim Maluch i wcale nie odstaje od reszty otoczenia.

Pierwsza scena obiecuje bardzo dużo – jest głośno, jest wpadająca w ucho melodia i oczywiście zapadająca w pamięć choreografia. Musical pełną gębą – wszyscy tańczą. śpiewają i cieszą się. Poznajemy też dwójkę głównych bohaterów, którzy „się czubią, ale się polubią”, jak się później okazuje i cała ta otoczka z początku filmu daje nadzieję na to, że „La La Land” na swoje Złote Globy w stu procentach zasłużył.

Później jest niestety trochę gorzej. Szybko rozpoczęta akcja równie szybko spowalnia i mniej więcej w połowie filmu zerkałam już po raz pierwszy na zegarek, czekając na koniec. Fabuła zaczyna się bardzo dłużyć – wszyscy wiemy, że tu chodzi o marzenia, dążenie do ich spełnienia, a muzyka skutecznie porywa nogi do tańca (nowoczesna wersja jazzu jest cudowna, chociaż w przeciwieństwie do Mii, ja tam lubię i jazz klasyczny), ale w przerwach między piosenkami robi się trochę nudno.

Na pewno na duży plus zasługują Ryan Gosling i Emma Stone. Całość kręci się właśnie wokół nich i nie ma na ekranie postaci świecących jaśniej. Bije od nich ciepło i pięknie prezentują się razem na ekranie, a ich duet „A lovely night” jest bardzo uroczy i sympatycznie się na niego patrzy. Zwłaszcza na stepowaną część choreografii, ale to może po prostu tylko ja – kocham oglądać stepowanie.


Zobacz także: Co jem w ciągu dnia? [FOODBOOK #2]


Pewnie zastanawiacie się, czemu piszę o rozczarowaniu, skoro narzekam tylko na lekko spowolnioną w pewnym momencie akcję, a ogólnie film chwalę. Cóż, były emocje, była fantastyczna muzyka i układy taneczne, historia też mi się raczej podobała, ale niestety każdy z elementów gra razem – osobno składają się w dziwną całość, która jednych zachwyca, a drugich nie porywa, pozostawiając mnie gdzieś po środku.

Czego jestem pewna? Tego, że warto film zobaczyć. Jeśli w waszych kinach jeszcze grają (bo w moim dzisiaj ostatni dzień), to lećcie i zdajcie sprawozdanie w komentarzach. Jestem bardzo ciekawa, jakie są wasze odczucia.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.

  • No nareszcie czytam jakąś „normalną” recenzję tego filmu. Według mnie to musi być bardzo przereklamowana historia. Im więcej pozytywnych opinii, tym mniejszą mam chęć na obejrzenie tego. I tak ostatecznie się skuszę, ale boję się właśnie, że będę rozczarowana.

    • To jest trochę tak, że film zobaczyć się powinno dla pewnych elementów, ale na kolana nie powala. Może przez szum i nagrody oczekuje się nie wiadomo czego, tymczasem historia jest przyjemna, ale w gruncie rzeczy bez fajerwerków :D

      • I wiesz? W sumie tego się spodziewam. W tym roku nie ma mocno rewelacyjnych filmów, cos wypromować musieli. Padło na „La la Land”… dlatego nie zachwycam się i nie oczekuję cudów.