Siedem dni. Rings [RECENZJA]

Miała być historia najpopularniejszego fast foodu, tymczasem przez moje gapiostwo przy czytaniu repertuaru okazało się, że jestem spóźniona chyba dwie godziny. „Rings” miał być godnym zastępstwem na otarcie łez – McImperium miało nie być więcej grane, a jaki film zobaczyć chciałam.

Seria horrorów „The Ring” to chyba najpopularniejsza seria na świecie i zawsze gdy pytam znajomych o najstraszniejszy horror, jaki mogłabym obejrzeć, bez żadnego wahania wskazują właśnie na ten. Do strachliwych nie należę, raczej filmy robią na mnie małe wrażenie, ale mały skoczek adrenaliny i szybsze bicie serca zawsze jest mile widziane – tego też oczekiwałam od najnowszej części słynnego filmu grozy.

Motyw wszyscy chyba znacie (nawet jeśli nie oglądaliście poprzednich części). Bohater wchodzi w posiadanie tajemniczej kasety wideo, na której jest napisane „Watch me”. Oczywiście ogląda, bo cóż innego mógłby zrobić. Po chwili dzwoni telefon, w słuchawce słychać tylko tajemniczo wyszeptane „siedem dni”. Zegar tyka, za całe 168 godzin delikwent będzie martwy, ale oczywiście zrobi po drodze wszystko, by zapobiec przeznaczeniu (brzmi trochę jak „Oszukać przeznaczenie”).

Tym razem jest trochę inaczej. Kaseta wideo wpada w ręce pewnemu uniwersyteckiemu wykładowcy, który poświęcił życie badaniu losów Samary Morgan, a przy okazji tajemniczej kasety i postanawia urządzić eksperyment kosztem swoich studentów. Zachęca ich do oglądania filmu, następnie znajduje kogoś, kto obejrzy ich kopię i sprawi, że klątwa ich ominie. Krąg miał się nigdy nie zamknąć. Do czasu, aż go gry wkracza dziewczyna jednego z uczestników badania.


→ Zobacz także: Zażenowaniu nie było końca. PolandJa [RECENZJA]


Kurczę, gdy streszczałam wam początek fabuły stwierdziłam, że brzmi to tak obiecująco, że na waszym miejscu rzuciłabym wszystko i pobiegła do kina. Niestety, dalej nie będzie już tak kolorowo.

Musicie ustalić, jakie są wasze priorytety względem tego filmu, bo mam z nim lekki problem. Jeśli tak jak ja, oczekujecie strachu w czystej postaci, bez tanich jumpscare’ów, do którego przyzwyczaiły nas poprzednie części (a zwłaszcza pierwsza), to tak jak ja – rozczarujecie się. Jeśli macie ochotę tylko na wciągającą historię, podczas której będziecie ciągle się pytać „co będzie dalej”, to chyba dobrze trafiliście.

„Rings” nie jest straszny. Jeśli po seansie pomyślałam sobie, że najstraszniejszym momentem filmu było głośne otwarcie parasolki, mój Małż to potwierdził, a dzień później przeczytaliśmy tę opinię w internecie, to musi być ona zgodna z prawdą i odpowiadać poglądom większości :D To prawda, że wyobraźnia większość czasu pracuje i w głowie układamy sobie scenariusze, co mogłoby się wydarzyć, ale największym problemem tego filmu jest to, że nic z tego, co wymyślicie, się nie wydarzy.

Samo zakończenie też pozostawia wiele do życzenia. Ja jestem może zawsze trochę za bardzo wkręcona w historie, które oglądam i moja głowa sama tworzy zakończenia, które mam nadzieję, że się wydarzą i przez to pewnie nie dostrzegam, że wszystko zmierza ku temu, co faktycznie się dzieje, jakoś od połowy filmu, ale prawda jest taka, że bohaterowie biegną przez fabułę jak po sznureczku i to wszystko po prostu nie może skończyć się dobrze. Widz to czuje, widz to wie, w związku z czym coś, co ma nas przerazić już ostatecznie, kwitujemy tylko wzruszeniem ramion.

„Rings” warto zobaczyć, jeśli jesteście fanami serii. Jeśli nie, to stwierdzenie, że to najgorsza część trylogii na pewno zachęci was do zapoznania się z poprzednimi filmami. Tylko błagam, zróbcie to po seansie części trzeciej. Zawód będzie mniejszy :)

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.

  • Sasza Cylc

    Oglądałam 2 tygodnie temu. Szczerze recenzuję to identycznie jak ty :D Myślałam że to będzie jak pierwsza część. Lekko straszne, dużo (o ile tak to można nazwać) jumpscare’ów i ogólnie HORROR. Ale jak oglądałam to po każdej minucie coraz bardziej dochodził do mnie fakt, że „to nie horror”. Ja czekałam na straszny horror. A z tego wyszedł bardziej thriller z rozległą fabułą :D Thriller to też bardzo naciągnięta nazwa… No ale cóż. Do dzisiaj mam wiele pytań co do tego filmu bo nie zostało wszystko do końca rozwiązane. Więc fabuła jest fajna. Nie zaznaczyłaś jeszcze, że ta część ma miejsce przed pierwszą częścią ;) Pozdrawiam ♥