Sing! – rozśpiewana animacja

„Sing” to rozśpiewana animacja twórców Minionków. W kinach od niedawna, ja pobiegłam ile sił w nogach. Głównie dlatego, że spodziewam się szybkiego zniknięcia wersji z napisami.

W końcu napisy!

Napisy! Tak, zgadza się – jest to pierwszy film animowany jaki pamiętam, który w polskiej dystrybucji otrzymał wersję z napisami! Domyślam się, że to wszystko ze względu na głosy widzów, którzy wyrażali wszem i wobec chęć usłyszenia oryginalnych głosów i piosenek. Okazuje się, że zainteresowani filmem mają niekiedy więcej niż dwanaście lat.

Jestem jak koala

Poznajemy Bustera Moona – młodego koalę, który jako dzieciak zakochał się w magii teatru, postanowił otworzyć swój własny, a jego ojciec tylko mu w tym pomógł. Czuję się jak ten koala – mój dziadek pokazał mi, jak dobrze można się w teatrze bawić, jak cudowne mogą być spektakle i przyznam, że chyba to najbardziej pomogło mi wczuć się w historię, polubić bohaterów, a potem im kibicować.


→ Zobacz także: Vaiana – skarb oceanu, skarb Disneya


Pierwsze minuty filmu to przedstawienie wszystkich postaci. W mieście zamieszkałym całkowicie przez zwierzęta żyje kilka rodzin, których potencjalnie nic nie łączy. Rosita – mama dwudziestu pięciu prosiąt wiodąca życie rozśpiewanej kury domowej, Johnny – szympans, mający niedługo dołączyć do gangu przestępców prowadzonego przez jego ojca, Ash – jeżyczkę, która musi robić chórki w zespole swojego chłopaka, Meena – słonica, która jest bardzo nieśmiała i przerażona publicznymi występami… Nic ich nie łączy. Do czasu.

Animowany „Mam talent!”

Buster postanawia ratować swój upadający teatr, spłacić wierzycieli, zrobić generalny remont, udowodnić światu, że nie jest nieudacznikiem. Organizuje konkurs talentów, na który… wszyscy w mieście postanawiają przyjść! Tutaj wszyscy bohaterowie spotykają się i od tej pory kroczą ścieżką razem.

To, co mnie uderzyło na samym początku, to fakt, że spośród naprawdę wielu fantastycznych wykonawców, wybranych zostało tak mało. Podejrzewam, że jest to dla ogółu filmu lepszy pomysł, w końcu ilu pełnokrwistych bohaterów można ukazać w niecałe dwie godziny? Może znalazłoby się miejsce dla jednego czy dwóch więcej, ale poza tym, czarno to widzę. Szkoda mi było jednak tych wszystkich odpadniętych, no smutno mi było :D

Trochę inny „Zwierzogród”

Nie mogłam tu uniknąć porównania do innej bajki o zwierzakach, która przecież była w kinach wcale nie tak dawno. Na jej tle, „Sing” na pewno nie wypada gorzej. Przesłanie jest podobne – idź za marzeniami. Zostało jednak pokazane w zupełnie inny sposób i nie ma się wrażenia, że zrobiono ten film na jedno kopyto.


→ Zobacz także: Filmy, na które czekam w 2017 roku


W ogóle padło tam sporo stwierdzeń, z którymi mogę się utożsamić. Jeśli robimy to, co kochamy, nie powinniśmy się bać robić to dalej – właściwie nie wiem dlaczego jeszcze sobie tego zdania nie powiesiłam nad łóżkiem, skoro kieruję się nim prawie od zawsze. I nie ukrywam, że lęk przed publicznym śpiewaniem, z jakim walczy Meena przez cały film, wcale nie jest mi obcy, też się boję, ale może niedługo… :)

Muzyka to miód na uszy

„Sing” musiał mieć dobrą ścieżkę dźwiękową – bez tego pomysł by upadł. Dobrym krokiem było wplecenie znanych i lubianych hitów z rzeczywistych list przebojów. „Stay with me”, „”OMG look at her but”, „I’m still standing” i wiele innych porwą was do tańca. I gwarantuję, że nie przestaniecie tupać nóżkami na długo po zakończeniu seansu (serio, wybrałam się na zakupy i robiłam je wyjątkowo tanecznym krokiem).


Wybrałam się na „Sing” po powrocie z weekendowego wyjazdu, nieco zmęczona, właściwie musiałam przeprowadzić ze sobą wewnętrzny dialog, czy naprawdę chce mi się iść do kina. Ale poszłam – nie żałuję. A fakt, że było mi dane zobaczyć wersję z napisami jest na duży plus, choć film spodobał mi się na tyle, że pewnie wybiorę się jeszcze raz na polski dubbing. Sama jestem ciekawa, jak brzmi. Wam polecam – trochę ciepła w mroźne dni, choć szczerze, aż tak dobrze, jak na Vaianie nie jest. Po prostu inny klimat :)

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.