Spodobał mi się Pendolino

Pociągi Pendolino budziły ogromne kontrowersje, gdy tylko ogłoszono chęć ich zakupu. Bo droższe, bo po co, bo nie osiągną maksymalnej prędkości, bo coś tam jeszcze i tak naprawdę ludzie kłócili się o wszystko, a nikt nie zastanowił się, jak duża zmiana to będzie dla polskiej kolei i wygody pasażera. Dziś, kiedy w końcu jestem już po przejażdżce Pendolino mogę stwierdzić, że ich zakup to był bardzo dobry pomysł.

Zacznijmy od tego, co najbardziej bulwersuje ludzi, mianowicie cena. Podobno tak wysoka, że tylko milionera stać na taką wycieczkę. Mówię podobno, bo jeśli umiemy sobie poradzić przez internet i zaplanować podróż na 2-3 tygodnie przed, zamiast czekać na ostatnią chwilę, Pendolino będzie nas kosztować przysłowiowe grosze. Zwłaszcza, jeśli mamy zniżki. Ja nie mam, ale i tak nie narzekam, bo za komfort jazdy, jakiego doświadczyłam, mogę dopłacić te dwadzieścia złoty. Albo i trzydzieści, jeśli będzie trzeba.

Czas podróży jest zadowalający. Samolotem co prawda lecę godzinę, ale tam bilety trzeba kupować jeszcze wcześniej, co już nie zawsze jest możliwe, a dojazd z Modlina do centrum Warszawy (bo o kierunku Wrocław – Warszawa tu opowiadam) bywa kłopotliwy. I tak z około siedmiu godzin podróży zwykłym pociągiem lub Polskim Busem robią się niecałe cztery. I to pojazdem, w którym wygodnie wyciągnę nogi, nie zmarznę, ale też się nie ugotuję i dostanę coś do picia.

O poczęstunek też toczono boje. Przyznam, że byłam trochę zdziwiona tym, że w Pendolino dostałam tylko napój (fakt, soczki już nie w kartoniku, a w zgrabnej buteleczce, co się ceni, bo nie trzeba żłopać na raz), a nie tak jak wcześniej było w Express Intercity sok i ciasteczko lub wafelek (co jak się dowiedziałam występuje i w Intercity Premium, ale tylko w pierwszej klasie). Słyszałam, że nazywaniem czegoś do picia „poczęstunkiem” to gruba nadinterpretacja. Tylko, że każdy jakoś wygląda z utęsknieniem tej wody mineralnej i soczku pomarańczowego. Pytanie brzmi – lepiej nie dostać nic i narzekać, że się jechało tyle godzin o suchym pysku lub, o zgrozo, trzeba było iść i samemu kupić, czy dostać chociaż coś do picia? Tak źle i tak nie dobrze, prawda, moi Narzekacze?

Wspomniałam, że dla komfortu warto się przejechać. Siedzenia mają taki system rozkładania, że jeśli się położymy, dzieje się coś magicznego, fotel się dziwnie wsuwa, kołyskuje i nie przeszkadzamy pasażerowi siedzącemu za nami. Dzięki temu, wracając po grubej imprezie na niezbyt lekkim kacu byłam w stanie się wyspać i dojechać na miejsce w pełni sił witalnych. A gdy już nie miałam co robić, pooglądałam sobie uroczy film o pociągu i pracownikach kolei – pouczający, chociaż czasami do przesady uproszczony, jakby zakładano, że pociągiem pojadą przedszkolaki.

Wszystko zależy od potrzeb. Wybór środka lokomocji również, więc nikogo do niczego nie namawiam. Wszystko ma swoje plusy i minusy i uważam, że właśnie zapamiętanie tego gwarantuje nam spokojne życie. Dobrą sentencją będzie też żyj i daj żyć innym. I pewnie zrozumieliście z tego ostatniego akapitu dokładnie tyle, co Harry Potter z rozmowy z Dumbledorem na dworcu King’s Cross (st. pancake :D).

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.