Szatan kazał tańczyć. Niestety. [RECENZJA]

„Galerianki” nie były wybitnym dziełem sztuki, ale pokazywały pewien problem i przyjemnie się je oglądąło, więc na wieśc o nowym filmie Kasi Rosłaniec reagowałam bardzo entuzjastycznie. Zupełnie niepotrzebnie, jak się okazuje.

Wybrałam się na film z ponad tygodniowym opóźnieniem. Po prostu wizyta w kinie była mi wyjątkowo nie po drodze w minionym tygodniu, dlatego też gdy już w końcu się wybrałam stwierdziłam, że nie ma szans, że wyjdę z kina w trakcie seansu. Było ciężko, uwierzcie.

„Szatan kazał tańczyć” to film o dwudziestosześcioletniej Karolinie, która napisała kontrowersyjną (zwłaszcza jak na katolicką Polskę – cytat) książkę na podstawie życia swojej siostry. Wydała ją, stała się popularna, myśli o kolejnej książce, a przy okazji sukces nieco uderzył jej do głowy, bo postanowiła za wszelką cenę wykończyć się na wszystkie możliwe sposoby.

Tyle właściwie mogę opowiedzieć o fabule, bo forma podania jest inna niż zwykle. Dostajemy bowiem pięćdziesiąt sześć (a może pięćdziesiąt cztery?) dwu-trzyminutowych kawałków z życia bohaterki i możemy je ze sobą dowolnie łączyć, a i tak mają nam opowiedzieć tę samą historię. Problem w tym, że jednak te kawałki zostały w filmie już połączone, na dodatek bez jakiegokolwiek ciągu przyczynowo-skutkowego. Ale w kwadracie, jak na Insta. To jest akurat coś fajnego.

Jest tu kilka scenek seksu (nie takiego, jak w filmie o Wisłockiej, zapomnijcie o subtelnościach), dużo narkotyków, głośna muzyka, światła przyprawiające o ból głowy i dialogi na poziomie Galerianek połączonych z tekstami Dominika w Sali Samobójców. To wszystko mogło czemuś służyć, tylko że przez brak historii, tak naprawdę nie ma czemu. Jeśli dodam do tego trzy przerywniki, kiedy to na ekranie wpatruje się w nas wielkie zdjęcie głównej bohaterki, a w tle czytane są fragmenty książki, wokół której tyle szumu w filmie, to mam senne koszmary.

Przysięgam, to zdjęcie było przerażające.

Co z tego, że kadry były według mnie bardzo sprytnie dobrane i naprawdę ładnie zrealizowane. Co z tego, że kolorowanie w postprodukcji wyszło bajecznie i co z tego, że zatrudnili do filmu stado psiaków. Nic z tych rzeczy nie pomogło w obronie kolejnej produkcji Kasi Rosłaniec.

Nie idźcie do kina na „Szatan kazał tańczyć”. Stracicie czas i pieniądze, a jeśli już czujecie, że musicie ten film zobaczyć, poczekajcie na czasy, gdy będzie kosztował kilka złociszy na jakimś VOD. W przeciwnym razie zupełnie nie warto.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.

  • Super, że to zrecenzowałaś, bo byłam bardzo ciekawa! Teraz nie pójdę :D :D