Sztuka kochania – historia Michaliny Wisłockiej [RECENZJA]

Najpierw czekałam aż sesja pozwoli mi obejrzeć film „Sztuka kochania”, a potem aż będę mogła napisać jego recenzję. Już na samym początku mogę wam powiedzieć – jestem absolutnie oczarowana.

Historia Michaliny Wisłockiej

Ze względu na duże poruszenie, jakie wywołały pokazy przedpremierowe, bardzo czekałam na chwilę przerwy w zaliczeniach i egzaminach. Gdy w końcu w piątkowy wieczór udało mi się wyrwać do kina, miałam ogromne nadzieje, że zobaczę cudowny film. Nie zawiodłam się ani trochę.

Historię Michaliny Wisłockiej poznajemy z dwóch stron. Raz patrzymy na jej życie prywatne, które trzeba przyznać – nie było usłane różami, a innym razem obserwujemy walkę bohaterki o wydanie książki tytułowej. „Sztuka kochania” nie jest bowiem po drodze PRL-owskim władzom i przebicie się przez recenzentów i cenzorów może w tym przypadku graniczyć z cudem.

Niezapomniany klimat

To, co wyróżnia ten film na tle innych to na pewno jego niepowtarzalny klimat. Przeniesienie widza o te kilkadziesiąt lat udało się bezbłędnie, nie tylko dzięki kostiumom. Ogromną rolę odegrało specyficzne doświetlenie scen i postprodukcja. Na szczególne wyróżnienie zasługuje też muzyka, idealnie dopełniająca tło opowieści, czasami również ciągnąca całą akcję do przodu i dodająca scenom wyjątkowości.

Doborowa obsada

Przeczytałam gdzieś w sieci, że rola Wisłockiej dla Magdaleny Boczarskiej będzie tym samym, czym była rola Religi dla Kota (swoją drogą – ten pojawia się tutaj w krótkim, ale zabawnym epizodzie :D). Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby jej kariera wystrzeliła jeszcze bardziej po tym filmie. Aktorka niewątpliwie pokazała, co potrafi i stworzyła postać wielowymiarową i bardzo wiarygodną. W dodatku odtwarzała bohaterkę, która raz ma lat dwadzieścia, a w innych scenach pięćdziesiąt i na ekranie naprawdę odczuwało się różnicę nie tylko w wyglądzie (którą zawdzięczała dobrej charakteryzacji), ale też zachowaniu.


→ Zobacz także: Blogi, na które zaglądam regularnie


Niektórzy też wzdychali z politowaniem, czytając o Piotrze Adamczyku w roli Stanisława Wisłockiego, bo niby „jest wszędzie”, ale nie przeszkadzał mi. Wręcz przeciwnie – dawno go na ekranie nie widziałam i miło było go oglądać, chociaż jego rola była stosunkowo krótka (ale za to bardzo ważna!).

Na uwagę zasługuje również Eryk Lubos, odgrywający rolę żonatego kochanka Wisłockiej. Dzięki charyzmie obojga, udało się stworzyć bardzo udany duet, który cieszył i potrafił poruszyć. Swoją drogą, biorąc pod uwagę komentarze na sali kinowej, szkoda, że losy tego duetu potoczyły się tak, jak się potoczyły.

Sztuka kochania

Film naładowany jest ogromną dawką poczucia humoru, ale pokazuje przy tym też cały szereg emocji i relacji międzyludzkich, tych tragicznych wcale nie pomijając. Myślę, że powinni go zobaczyć nie tylko ci, dla których „Sztuka kochania” była rewolucją, ale też ludzie młodsi, którzy o tej książce słyszeli od rodziców. Czasy ruszyły do przodu, ale nie jestem pewna, czy w parze z postępem idzie świadomość, jak ważne są relacje z drugim człowiekiem i ten film może być właśnie takim wiaderkiem zimnej wody. Szorujcie do kin, póki czas! :)

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.