Znałam scenariusz zanim obejrzałam – „Life” [RECENZJA]

„Life” to jeden z tych filmów, które chciałam zobaczyć, ale brakowało czasu i okazji. Wczoraj znalazł się czas i znalazła się okazja, ale bardzo szybko pożałowałam, że mogłam odhaczyć pozycję „Obejrzyj Life” z mojej listy „ToDo”.

Kto mnie zna, ten wie, że filmy katastroficzne, a zwłaszcza te traktujące o kosmosie to mój konik. I wcale nie jest tu powiedziane, że ta katastrofa musi być jakoś szczególnie prawdopodobna, dlatego film o grupie badawczej ze stacji kosmicznej, która odkrywa życie na Marsie wydawał mi się naturalnym wyborem. „Coś jak Marsjanin tylko bardziej sci-fi” – myślałam. O, żebym ja wiedziała, jak bardzo się mylę. Może zaoszczędziłabym wrażeń chociaż mojej rodzicielce, która za potworkami brykającymi po ekranie delikatnie mówiąc nie przepada.

Faktycznie, gdy teraz analizuję opisy tego filmu w internecie (a wcześniej sugerowałam się tylko opisem na stronie kina, tu mógł być pierwszy błąd) mogłam skojarzyć sobie nazwiska twórców z pewnym typem filmów, jakie produkują i wydumać jakiej mniej więcej kategorii będzie „Life”. Niestety, na to nie wpadłam i seans, który zaczął się niewinnie i sympatycznie skończył się dużo gorzej.

Sześcioosobowa grupa badawcza mieszka na stacji kosmicznej na ziemskiej orbicie. Każdy jest z innej parafii, ma inną historię, wykształcenie, zawód, a przede wszystkim inny powód, dla którego zdecydował się polecieć w kosmos. Pewnego dnia przechwytują wysłane przez sondę z Marsa próbki marsjańskiej gleby i zaczynają je analizować, a mózg operacji szybko odkrywa, że wśród piachu ukrywa się jedna komórka wyglądająca na żywą, ale w stanie hibernacji. Jak możemy się domyślić, świat szaleje, astronauci stają się medialnymi gwiazdami, przywożą odkrycie na Ziemię i zamykają w zoo. Nie – nie przywożą kosmity na Ziemię. Zaczynają do hodować na stacji i widząc, że młody rośnie nadzwyczaj szybko nie robią nic, tylko czekają aż wymknie im się spod kontroli.

Cała reszta filmu to walka ludzi z kosmitą, którego natury jeszcze nie rozumieją i który okazuje się być sprytniejszy od niejednego mózgu w tej galaktyce. Od tego momentu byłam właściwie w stanie przewidzieć jakieś trzy czwarte fabuły, bo schemat opowieści nie odbiegał zbytnio od typowej dla gatunku zabawy w kotka i myszkę, podczas której wszyscy skazani są na porażkę dopóki nie wpadną na genialny pomysł prowadzący do zakończenia historii i również przez to, że zawsze gdy miało się coś wydarzyć, twórcy raczyli zaserwować nam prawie statyczny, przydługi kadr na przedmiot/osobę/miejsce, które będzie głównym bohaterem akcji za kilka chwil.

Z tym zakończeniem też nie jest najlepiej. Przyznam, że jak tylko usłyszałam, na jaki pomysł „akcji ratunkowej” wpadli bohaterowie, zarysowałam w głowie dwa możliwe scenariusze, z czego jeden się sprawdził, a ten drugi mogłam odrzucić praktycznie minutę po rozpoczęciu realizacji planu. Cała reszta to tylko ładne obrazki prowadzące do znanego zakończenia.

„Life” warto zobaczyć na pewno dla efektów i klimatu – nie uświadczymy tu fajerwerków, ale sam kosmita został zrobiony całkiem zręcznie, o czym świadczy prawdopodobnie fakt, że pół nocy miałam jego słodką mordkę przed oczami i krzyczał do mnie tak głośno, że nie mogłam zasnąć (co ogólnie rzadko mi się zdarza), a stacja kosmiczna wyglądała naprawdę kosmicznie.

Jeśli nie przeszkadza wam to, że kolejne działania da się przewidzieć zanim jeszcze twórcy pomyśleli „hej, zróbmy to tak i tak!”, a macie ochotę na odrobinę humoru (ale odrobinę!), trochę szybszego bicia serca i kosmicznych klimatów, to idźcie. W przeciwnym razie będzie to ogromna strata czasu. I pieniędzy.

Autor: Blogodynka

Karolina Pikus. Blogerka i YouTuberka z zamiłowania. Uwielbia się śmiać, jeść czekoladę i oglądać filmy katastroficzne. Wzięła ślub w wieku 21 lat. Żałuje, że robi zawsze pięć brzuszków za mało.