Menu & Search
Ant-man i osa – już nie jestem obrażona

Ant-man i osa – już nie jestem obrażona

A obrażona byłam na Marvela od premiery Avengers: Wojna bez granic. Miałam więcej na superbohaterskie filmy nie chodzić, ale nuda sprawiła, że pojawiłam się na Ant-man i Osa.


I w zasadzie to moje “obrażenie” zniknęło jak ręką odjął, przysięgam. Co prawda dało o sobie znać w jednej ze scen, ale dzięki temu można spokojnie powiedzieć, że wsiąknęłam w to uniwersum. W końcu, mąż jest dumny!

“Ant-man i Osa” to najnowzy marvelowski film, jaki jest nam dane w tej chwili oglądać. Opowiada historię Scotta, kochającego ojca, który przez superbohaterskie ekscesy odbywa karę w areszcie domowym i zabawia swoją córkę na milion sposobów (nie wychodząc z domu, rzecz jasna). Przeszkadza mu to bardzo, jak każdemu superbohaterowi. Dość szybko okazuje się jednak, że znów będzie musiał przywdziać swój kostium i ratować świat.

Jego dawna znajoma, Hope, odkryła, że dawno zaginiona w kwantowej rzeczywistości matka może wciąż żyć, a Scott (na jej nieszczęście) jest jedynym kluczem do ściągnięcia jej z powrotem w nasz wymiar. Tym sposobem bohaterowie wikłają się w kolejną, pełną humoru i niebezpieczeństw przygodę.

“Ant-man i Osa” to już chyba drugi (albo trzeci?) film, w którym obcokrajowcy odgrywają ogromną rolę w budowaniu komediowego klimatu. To nie żarty głównych bohaterów śmieszą najbardziej (choć także śmieszą, nie da się zaprzeczyć). Niewątpliwą gwiazdą tego filmu jest postać Louisa (grana przez Michaela Peña), której fantastyczny akcent, sposób mówienia i… dosyć niski iloraz inteligencji sprawiają, że po prostu pękamy ze śmiechu w praktycznie każdej scenie z jego udziałem (scena z “Serum prawdy” – mistrzostwo świata!).

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie moc bohaterów i zdolność do zmniejszania i zwiększania siebie oraz przedmiotów w rybie instant. Ja wiem, że dla niektórych to oczywiste, że przecież HEJ, ON TAK JUŻ OD DAWNA UMIAŁ, ale ja weszłamw w ten świat dopiero dwa-trzy lata temu i z każdym kolejnym filmem wzdycham cosraz bardziej “eh, też bym tak chciała”.

Jeśli miałabym wskazać główny minus tego filmu, to zdecydowanie wyciska za mało łez. Ja to lubię sobie popłakać na filmach i na Marvelach (DC też, ale rzadziej) była zawsze przynajmniej jedna, kulminacyjna scena, w którj łzy lały się strumieniami. No, tu jakoś nie. Pewnie był to urok Scotta, który wszystko obracał w żart, a może fakt, że kiedy robiło się głośniej bądź bardziej wzruszająco, na ekranie pojawiał się Louis. W zasadzie i tak się czeiam, bo ten film jest naprawdę dobry.

Jeśli tak jak ja obraziliście się na Marvela po ostatnich Avengersach, spokojnie możecie “Ant-mana i Osę” oglądać. Ten film pozwoli wam choć trochę wybaczyć. I chociaż wciąż nie rozumiem, w jakim kierunku zmierza teraz Marvel i jego uniwersum, “Ant-man” pozwolił choć na chwilę powrócić do tego, co w filmach o superbohaterach pokochałam.

Aha, jeszcze jedno. Są sceny po napisach (jak zawsze :P). DWIE. Nie jedna, tylko DWIE. Więc nie bądźcie lamy, jak wszyscy, którzy z nami oglądali i zostańcie do końca. Końca-końca.

0 Comments
Leave a Comment

To jest wersja demonstracyjna sklepu do celów testowych— Zamówienia nie będą realizowane. Zamknij